Obrazy na stronie
PDF

Urywków odrębnych jest w téj ocalonėj pozostałości w ogóle cztery. Pierwszy urywek jest zatytułowany jako „rozdział czwarty“ (trzech pierwszych rozdziałów nie ma). Był on pisany w Dreźnie, dnia 17 lipca roku 1831, a zawiera w sobie wspomnienia z pierwszego roku po przeniesieniu się ponowném matki poety do Wilna, t. j. z roku 1817. Potém następuje próżnia aż do „rozdziału dziesiątego". Ten rozdział powstał już w Paryżu, był pisany dnia 20 lipca roku 1832, a opowiada o rzeczach z roku 1827. Jedenastego i dwunastego rozdziału znowu nie ma. Znalazł się dopiero rozdział trzynasty“, opowiadający dzieje z końca roku 1827 i 1828: to było pisane dnia 22 lipca 1832. (Te daty co do postępu Pamiętników dają nam widzieć, jak szybko szła ta robota: w dniu 20 lipca rozdział dziesiąty, w 22 tegoż miesiąca już rozdział trzynasty — zatém na czas między tymi dniami pośredni, t. j. na dzień 21 lipca, przypada jedenasty i dwunasty rozdział !) Z trzynastym rozdziałem styka się bezpośrednio „czternasty“, z wspomnieniami roku 1828 i początku 1829; data nad tym – nb, niedokończonym — rozdziałem: „Paryż, 24 lipca 1832“. – Dalszego ciągu Pamiętnika nie mamy! Musiał on jednak być prowadzony co najmniéj aż do roku 1832, w którym zaczęły być notowane zajścia współczesne, bieżące, w postaci już Dziennika.

Z tego Dziennika zostało kilka tylko kartek, pisanych dnia 20, 21, 22, 23, 24 i 25 lipca roku 1832. Szczegóły tu opowiadane jednakże są już albo pomniejszéj ważności albo też powtórzył je nasz autor w listach swoich do matki z owego czasu: tak naprzykład odwiedziny chorego przyjaciela swego Zien

kowicza w Wersalu, o których pisał obszernie i prawie tymi samymi słowami w liście z dnia 30 lipca tegoż roku. To upoważnia do wniosku, że w znacznej mierze mamy pewnie w korespondencyi Juliusza i gdzieindziéj pewien reflex jego zapisków w tym Dzienniku zawartych.

Pisałem dnia 13 czerwca, 1880 roku.

A utor.

PRZEDMOWA
DO PIERWSZEGO WYDANIA,

Oddając do rąk publiczności tę książkę o Juliuszu Słowackim, uważam za potrzebne wytłómaczyć się, skąd mi przyszło na myśl pisać tak obszernie o czło. wieku, który w społeczeństwie zajmował tylko skromne stanowisko pisarza, a którego dziełom przy całéj ich genialności sam nieraz niedostatki wytykam. Ze mnie z tej strony będzie zaczepiała krytyka, o tém wcale nie wątpię. Niechże przynajmniéj – jeżeli nie rozbroi, to bodaj złagodzi surowość jéj zarzutów szczere i otwarte opowiedzenie, jak ta praca moja powstała i w jakim celu była podjęta. Dala mi do niéj główny powód oddana do rąk moich w odpisie korespondencya Słowackiego, prowadzona z różnymi osobami: z Zygmuntem Krasińskim, z Teofilem Januszew skim, wujem poety, z Kornelim Stattlerem, znakomitym niegdyś profesorem malarstwa w Krakowie, a przedewszystkiém z matką. Do matki swojéj pisywał poeta nasz w stałych i częstych odstępach i zwykł jej był przez cały czas życia swego na emigracyi szczegółowo zdawać sprawę ze wszystkiego, z czego się tylko życie jego splatało. Rozczytując ten nader znaczny zbiór listów (jest ich tyle, że zapełniłyby dwa spore tomy). nie mogłem się oprzéć w pierwszéj chwili urokowi, jaki wywiera to rzeczywiście bezprzykładne bogactwo wyobraźni, strumieniami rozlanéj w owych potocznych i poufnych rozmowach nieznanego zupełnie dotychczas z téj strony wieszcza; i porwany myślą, że to prawdziwy pamiętnik wewnętrznego życia poety, że to istna fotografia najskrytszych poruszeń serca — zamierzałem nakłonić koniecznie krewnych jego do bezzwłocznego ogłoszenia tej całéj korespondencyi. Dalsze czytanie jednakże dało mi uczuć niebawem niestosowność tego żądania. Nie tylko bowiem czas obecny zdaje się być cokolwiek jeszcze za rychłym, żeby wszystko, co się w niej mieści, bezwarunkowo można było drukować; ale i tego nie mogę zataić, że kiedy się odczytuje zbiór listów cały w jednym ciągu jeden po drugim, doznawać się zaczyna z czasem przy tak wielkiéj ich obfitości — znużenia. Ostatecznie bowiem każdy list jest tylko listem, choćby go pisał i genialny poeta! Doniesienia o bieżących potocznościach życia, o zdrowiu, kłopotach, powodzeniu itp. zajmują tu zawsze miejsce sobie właściwe; a nawet i najpoetyczniejsze ustępy nie mogą się nie powtarzać w podobnym ciągle sposobie. W skutek czego czytający te wynurzenia poufne traci coraz bardziéj zmysł dla rzeczy prawdziwie niepospolitych, giną. cych w tym nawale powszednich konwencyjności.

Nie uważając zatém jak na teraz za pożądane, żeby korespondencya ta była drukowana w całości, a nie mogąc z drugiej strony i tego z przekonaniem swojém pogodzić, żeby pojedyncze z listów urywki, wyjęte na chybi trafi ze związku, było właściwém dawać do rąk publiczności w sposób, jak to uczyniono naprzykład z listami Krasińskiego lat temu kilka: wziąłem sobie za zadanie zużytkować ten materyal inaczej. Postanowiłem z osnowy listów rozwinąć wątek autentyczny życia Słowackiego tak mało komu znanego dotąd dokładniéj ; a zapomocą lepiej rozwidnionego poglądu na koleje tegoż życia, rzucić też nieco światła i na jego dzieła. I oto w taki to sposób powstała książka niniejsza , poświęcona zarazem i biografii poety i krytycznemu rozbiorowi pism jego, w odniesieniu do całego ogółu ówczesnych usiłowań w literaturze naszéj, stanowiących jakby tło dla wyłącznego uwag moich przedmiotu. Przyznaję otwarcie, że kiedym się zabierał do téj roboty, nie wystawiałem sobie, że się ona do tej objętości rozciągnie. Nie ręczę nawet za to, czybym się był zabrał do niéj, gdybym to był przewidywał. Ale zabrnąwszy raz w rzecz, i spostrzegłszy się, w co ja wszedłem, trochę zapóźno : nie chciałem się już cofać po czasie. Prowadziłem tedy coraz daléj naprzód pracę zaczętą, pocieszając się nadzieją, że cokolwiek się stąd wywiąże, nie będzie bez pewnego interesu a może i pożytku. Mianowicie zaś towarzyszyło mi w tém zajęciu to przekonanie, że warto jest przypatrzeć się choćby też raz jeden z bliska... życiu Poety! Warto poznać w tym autentycznym, z własnych świadectw utworzonym obrazie, z czego to u natur wyjątkowych, noszących to chlubne miano, zazwyczaj splata się ów wątek uczuć, szałów, rzadkich pociech, częstszych bo. leści, niebiańskich natchnień i cierpień nieraz najdo. tkliwszych, który tłum ludzi, stojących u ich piedestalu, nazywa później sławném życiem genialnego człowieka... Tyle o tém już pisano w romansach! Każdy wystawia sobie stan duszy tych ludzi nadzwyczajnych – po

« PoprzedniaDalej »