Obrazy na stronie
PDF

odrętwiałemu w średniowiecznym zastoju. Potrzeba myślenia i badania, coraz się bardziej rozwija w Polsce. Szerzy się u nas reforma religijna, którą podtrzymują magnaci, uważając ją za nader dla siebie korzystną pod względem politycznym. Wszczyna się walka katolików i protestantów, walka na piśmie i druku. Broszury polityczne, religijne i obyczajowe, sypią się jak z rękawa, i prędko się rozchodzą po rękach, bo kwestje które roztrząsają nadto są żywotne, aby całego ogółu nie miały obchodzić; naród wiedzieć, sądzić i sympatyzować tej lub owej stronie powinien. Mało na to łaciny mądrym tylko przystępnej, poczęto kształcić język krajowy, który dotad z lekceważeniem vernaculu s sermo nazywano. Występują dzielni z obu stron zapaśnicy. Na horyzoncie literackim zjawiają się Kochanowscy, Rej, Trzecieski, Budny, Górnicki, i tylu innych dzielnie piszących po polsku. Jedni kształcą ogół w prawdach potocznych, drudzy prowadzą polemikę religijną, tłómaczą Pismo ś., piszą pieśni pobożne. I te to walki z zapałem i pierwiastkową szlachetnością toczone, pobudzające co chwila nowe objawy myśli narodowej, stawią piękny widok żywota na końcu naszej epoki, za panowania Zygmunta Augusta i Stefana Batorego, (którego rozmyślnie do tej epoki załączamy). Niema prawie gałęzi umiejętności w której by pióra polskie njewystąpiły zaszczytnie, bądź w języku polskim, bądź w łacińskim;—Lechici nietylko z oręża poczęli być znanymi Europie. Ale niestety! te spory i tarcie się opinij religijnych, poufalą umysły z wolnćm roztrząsaniem rzeczy świętych, przed któremiby klękać należało; a temsamćm rozszerzają do zbytku koło swobód politycznych, i rzucają w naród kość niezgody, której skutki 'widzimy już w Epoce Wazów. Za nadto gorliwy prozelita katolicyzmu Zygmunt III był na nieszczęście kró

lem zkądinąd niedołężnym. Co krok uronił coś ze sławy lub korzyści narodowych, co krok potrzebniejsi mu byli Jezuici których umiłował, co krok straszniejsi magnaci. Naprzeciw swobód narodowych i swobód myślenia, chciał postawić reakcję monarchiczną i religijną. To byłoby pod pewnym względem nieźle, ale król niezręcznie snadź wziął się do dzieła. Jedne bowiem usiłowania wstecz poszły, drugie przyniosły opłakane skutki. Jezuici zamiast Apostolstwa Ewangelicznego, poczęli już powagą nawracać dyssydentów, zniechęcili do króla wielką część narodu, a czuwając nad orthodoxją katolicką, gwoli własnym widokom, zagarnęli konfessyonał i wychowanie młodzieży, i tą drogą przyszli do posiadania znakomitych summ pieniężnych. Oto trzy dzielne sprężyny do kierowania narodem: niestety! aż nadto dzielne do sparaliżowania jego ducha. Działali dyssydenci, pragnąc silą zapewnić sobie tolerancję, którą ściskano coraz bardziej; działali katolicy, celem wytępienia protestantyzmu. Najczęściej atoli wiara służyła za pokrywkę wcale ubocznym widokom. Tymczasem szły wojny po wojnach, klęski po klęskach. Ze świetnych zwycięztw nigdy prawie nie wyciągnięto stanowczych korzyści, magnaci w siłę a szlachta rosła w urojone swobody. Literatura musiała upadać—atoli epoka Zygmunta III i jego dwóch synów, była epoką przejścia do upadku. Jeszcze na jej początku Jezuici niecałkiem rozwinięci w swoich widokach, wydali kilku ludzi mądrych, co zwycięzko odpierali rozlew protestantyzmu, jeszcze z ich łona Skarga i Wujek udarowali język polski prawdziwemi bogactwy, jeszcze Sarbiewski naszą sławę narodową podtrzymywał w Europie, jeszcze dolatywało do tej epoki niejedno echo czasów Jagielońskich; wszystko jednak głuchnie za smutnego panowania Jana Kazimierza.

I smutne są dzieje literatury, następnej epoki królów obieralnych. Dziczała oświata u Jezuitów jedynych jej strażników, wszelki bowiem postęp sprzeciwiał się zasadom, i co główna dążeniom tego zakonu. Zapomniano pięknej łaciny Sarbiewskiego, a piękna polszczyzna Kochanowskiego, Górnickiego i Skargi, za prostą się wydała—poczęto ją wytwornic, a raczej wydwarzać i dziwacznie sztukować łaciną. Naśladowanie pisarzów staro-rzymskich, które w wieku szesnastym głusząc filozofję scholastyczną błogie owoce wydało t służy tylko do najdzikszych cytacji.—Niespokojny stan kraju za Michała i Jana Sobieskiego, a później gnuśne rządy Sasów, nie dały ani pomyśleć o żadnym postępie. Szlachta marząc o rzekomej wolności, nadużywając jej gdzie idzie o dobro Kraju, rzeczywiście jest w niewoli u magnatów; gwoli ich chęciom rwie sejmy, paraliżuje trybunały i sejmiki. Obrady sejmowe po większej części niedoszłe, nie mają sił reformować kraju, ba nawet wszelka reforma uchodziłaby za czyhanie na prerogatywy szlacheckie, za herezję polityczną. Jezuici stojący na straży wiary i oświaty, dobrowolnie gmatwają rozwijanie się umysłów i biją czołem przed możnowładzcami. Bo rzeczywiście, władza najwyższa która z prawa do króla i stanów należy, ubocznemi drogami przeszła do panów i Jezuitów. Te dwie wszechwładne rządzące potęgi, krzepko się wzajem wspierały. Magnaci fundacje i donatywy nieśli Jezuitom, Jezuici panegirykami i pokątnemi intrygi wywzajemniali się swoim benefaktorom. W literaturze nigdzie myśl samodzielna nie dała się przejawić. Zgromadzenia zakonne dzierżały monopoljum pióra, i wydawały tylko ultra-katolickie pełne cudów i cudowności księgi, i pochwały na cześć arystokratów — poezja zeszła na igraszkę słów i jałowego dowcipu.

Nie mógł się ostać podobny stan rzeczy w obec oświeconej Europy. Francja, gdzie Ludwik XIV z takim wdziękiem piastował monarchiczną koronę, gdzie się Ludwik XV umiał jeszcze utrzymać na chybkim już tronie Kapetów, wywierała od czasów Marji Ludwiki i Marji Kazimićry wpływ swój na Polskę. Wpływ ten co ograniczał się zrazu do zbytków i mody, teraz żywotniej działać poczynał. Młodzież którą wychował Leszczyński w Lunewilu, przynosi do kraju wyobrażenia bardziej monarchiczne; Konarski lubo z trudem wprowadza zdrowszą oświatę po szkołach, walczy z Jezuitami i z potwornćm liberum ceto. Wstępuje na tron Stanisław August, a wkrótce bulla Papieska rozwiązuje Zgromadzenie Jezuitów;—te dwa wypadki zmieniają oblicze Literatury. Król po zagranicznemu wychowany, krzywo widzi nietylko wady ale i wszystko narodowe, wspiera literaturę nadobną w Polsce i chce ją na wzór francuzki ukształcić. Czynnie do tego dzieła przykłada rękę krewny jego Adam Czartoryski. Ruch umysłowy odżywa w kraju, ale daleko mu do pięknego ruchu jaki widzieliśmy pod Zygmuntem Augustem, bo Francja która wzór daje Polakom, skrzywiła swoją literaturę na wzorach Rzymskich z czasów Augusta Cezara i wyrodziła blady, salonowy klassycyzm. Mało tego—w łonie literatury francuzkiej był pierwiastek zabójczego zepsucia, duch racyonalizmu, który biedny w ostatnich swoich wypadkach otrzymał zaprzeczenie bóstwa, i ducha ludzkiego poddał teorjom materji. U nas nie zerwano stanowczo z Bogiem i ołtarzem, ale niedowiarstwo głęboko zasiękło, mianowicie w umysły, którym dotychczasowa polska oświata wystarczyć nie mogła. We Francji wpływ rzymskiej literatury wyrodził dążenia republikanckie, ateizm zaś rozwiązał ręce pospólstwu, i spowodował długie a krwawe sceny terroryzmu. W Polsce z tychże drzew inne się urodziły owoce: zobojętniały umysły na wszystko krajowe, strój i język francuzki się zagęściły, zmiękczał i zniewieściał hart duszy Sarmackiej. Większość protestowała nieraz celem utrzymania starych obyczajów i starej narodowości, ale niestety! przewaga umysłowa nie była na jej stronie. W ślepćm zamiłowaniu narodowości, nie chciano przystać na niezbędną jej poprawę, oburzano się na tolerancję religijną. Przychodził wprawdzie czas zbawiennego z obojej strony ustępstwa, lecz piękny widok zgody był tylko chwilowym. Losy się ważą, niejedność wichrzy do ostatka, i byt polityczny schorzałej Polski umiera!

Pod Stanisławem Augustem francuzczyzna zhołdowała, skrzywiła kilka bardzo niepospolitych talentów pisarskich. Rzecz dziwna! łamano powagę wiary i praw narodowych, a nieśmiano zaprzeczyć nieomylności poetyce Horacjusza i Boileau; duchy mocne wyjarzmiały się z pod Ewangelji, a nie śmiały skruszyć jarzma trzech jedności. Klassyczność rzymska z której już wszystko żywotne uleciało w przenoszeniu na gładką francuzczyznę, od Francuzów przyjęta jako moda (choć może nieco opóźniona) zaprzątnęła pióra naszych autorów. Najobojętniej spolszczano, tłómaczono, naśladowano, Bóg wie czyje—byle rzymskie albo francuzkie utwory. Po szorstkiej mowie i ckliwych makaronizmach jezuickich, język odżył nanowo, zyskał piękną ogładę, ale stracił moc i energię szczeropolską. Ster języka dzierżeli poeci (po ówczesnemu „Rymotworcy"). Jedne z ich prac, lubo nieśmiało i klassycznie, przejawiły rodzinnego, obywatelskiego ducha—drugie zmarnowały się na kadzidłach możnym; bo niestety szydzono z Jezuitów, ale duch ich nie uleciał z Polskiej literatury. Nie pisano już panegiryków na urojone kolligacje i czcze'

« PoprzedniaDalej »