Obrazy na stronie
PDF

„Literatura Zygmuntowska stanowiła epokę złotą. Zakwitła bowiem wtenczas, kiedy pisanie w Europie mową ojczystą było wielką nowością, i nagle ukazała przed nami grono świetne a liczne pisarzy, liczniejsze jak w każdej innéj narodowej literaturze. Ale oprócz wyrobienia języka nic oryginalnego nie miała w sobie literatura Zygmuntowska. Najcelniejszy talent téj epoki, Kochanowski, miał widać posłannictwo obeznać przodków naszych z płodami literatur współczesnych europejskich. Rej bez nauki naśladował już nie wzory, ale podrzędnéj wartości utwory. Jeżeli się kto wtedy zdobył na jakie arcydzieło, na jaki pomnik więcej narodowy, było to z przypadku, więcéj z poczucia mimowolnego, jak z obudzenia się ducha i wpływu to na współczesnych wywierać nie mogło" (str. 501).

Oczywiście, jeżeli literatura jest miarą cywilizacyi, tak jak piśmiennictwo miarą kultury, a literatura Zygmuntowska nic oryginalnego nie stworzyła, to nie mogliśmy stać w owéj epoce na czele cywilizacyi europejskiej. Każde z powyżéj przytoczonych założeń p. Bartoszewicza ma swoją względną wartość, ale nie jednostajnie nadane w nich szczegółowym pojęciom znaczenie sprowadza pewien zamęt i pozorną sprzeczność. We wstępie p. Bartoszewicz troskliwie usiłuje odróżnić kulturę od cywilizacyi, naukę od twórczości, piśmiennictwo od literatury, literaturę ludową od wszechstronnéj; w innych zaś częściach swego dzieła nie zawsze pilnuje tych rozróżnień i tym sposobem nie przedstawia uczniowi tych ułatwień, jakieby mu nastręczyć powinien wykład z większą przeprowadzony ścisłością. Z założeń p. Bartoszewicza oczekiwaćby także można, że szczególną zwróci uwagę na takie mianowicie utwory poetyckie, w których wyraźniéj odbija się uczucie i życie narodu; tymczasem jedyna, wyżéj już przytoczona, wzmianka o Wojnie chocimskiej Potockiego, i druga, że Krasicki zaniechałby swego poematu, gdyby znał tamten, obudzają tylko ciekawość, ale jej nie zaspokajają; oryginalnemu zaś talentowi Zimorowicza zbyt krótką poświęcił autor charakterystykę, krótszą jak Janickiemu, nie tyle poecie, ile gładkiemu wierszopisowi łacińskiemu.

I o tém jeszcze wspomnieć należy, że u p. Bartoszewicza literatura pojęć prawnych zbyt podrzędne zajmuje miejsce. Oryginalność nasza wśród ludów Europy polegała najwięcej na urządzeniach naszych, zwyczajach politycznych i pojęciach prawnych. Dlatego też najznakomitsi badacze przeszłości polskiej są zarazem prawoznawcami albo z powołania, albo z natury studyów

swoich. U p. Bartoszewicza nietylko że szczupłe tylko znajdujemy wzmianki o pomnikach prawodawczych i o stanie pojęć prawnych, ale nadto spotykamy czasem ocenienia nie dosyć usprawiedliwione. Np. Tomasz Drezner, professor zamojski, autor dzieła: Processus juiliciurins, 1601, o którym powiada p. Bartoszewicz, że „wykładał swój przedmiot z wielkim zasobem nauki i z wszechstronnością, o ile mógł na nią się podówczas zdobyć,” był podobno jednym z tych niefortunnych cywilistów, którzy definicye prawa rzymskiego przenosili niewłaściwie do prawa polskiego i szerzyli szkodliwe pojęcia, wcale nie wyczerpnięte ze statutów.

Wszystkie powyższe uwagi prowadzą do tego wniosku, że dzieło p. Bartoszewicza, zawierające w sobie kilka ustępów zajmujących i przydatnych, w ogólności przeznaczeniu swemu, jako książka edukacyjna, wcale nie odpowiada. Ale w dotychczasowym rozbiorze jeszcze jedna strona była pominięta, a mianowicie ta, że główny zawód, jaki tu czytelnika spotyka, leży w samym sposobie, w jaki p. Bartoszewicz zrozumiał znaczenie historyi literatury, jako nauki. Z przygotowań, jakie u nas dotychczas poczyniono, z kierunku pojęć w tym przedmiocie, ze stanu wreszcie studyów historyczno-literackich w Europie, można było wnosić, że p. Bartoszewicz pootwiera nam rozleglejsze perspektywy, że podzieli się z nami rezultatem tych namysłów i badan, które zmierzają do odsłonięcia przyrodzonej fizyonomi narodu, że powtórzy coś z tych głosów, które uczeni chwytają, przysłuchując się uchem ku ziemi; tymczasem p. Bartoszewicz dał nam tylko jedną stronę obrazu, t. j. dyskussyą piśmiennego udziału naszego w dziejach cywilizacyi. Tak, jak dziś postawiono zadanie nauki, studya filologiczne i etnograficzne stanowią tak ważną podstawę historyi literatury, że pominięcie osiągniętych na tej drodze nabytków najlepszéj w tym przedmiocie książce odbierze połowę jej wartości. Od trzydziestu kilku lat każą nam zbiérać pieśni i bajki ludowe, inonograficzne opisy plemion, ich zwyczajów i podań; przecież to nie dlatego tylko, żeby na zarzut cudzoziemca odpowiedzieć, że i u nas to samo robią, co gdzieindziej, albo żeby się lubować naiwnością wyrażeń gminnych. Oczywiście, historya literatury ma dwie strony: jedną, zewnętrzną, zwraca się ku dziejom cywilizacyi świata, drugą zaś zagłębia się w samo wnętrze duchowej natury narodu, kreśli jego fizyonomią przyrodzoną, bada organiczne usposobienia jego umysłu i duszy, zdolności i przeznaczenie. Ta druga historya jestto historya faktu zbiorowego, historya stanu, tak jak jeografia polityczna i statystyka, nie pod

legająca warunkom chronologicznego porządku. Do niej także należy stosunek języka przewodniczącego do dyalektów i języków na wspólnej przestrzeni używanych. Poruszano to przecież u nas, à czego nie dopowiedziano, to należało w historyi literatury, w miarę zdobytych na tém polu wiadomości, uzupełnić. P. Michał Grabowski z niepospolitém znawstwem i taktem estetycznym wydobył, jakby z mogił, element epiczny w pieśniach ukraińskich zawarty; Witolorauda, Lilla Weneda, Polska w pieśni, są dowodem że poeci, nieczekając nawet na usystematyzowanie, na krytyczne i estetyczne obrobienie przyrodzonych elementów naszéj literatury, poszukują w nich, z różném powodzeniem, świeżych źródeł natchnienia; Izopolski probował związać pewien cykl dum ukraińskich w jedną narracyjną całość poetyczną. Sąto wskazówki dowodzące potrzeby rozszerzenia ram historyi literatury. Co do dziejów organicznych języka, zadanie historyi literatury tém jest trudniejsze, im mniej mamy prac przygotowawczych, ale samo studyowanie dotychczasowych źródeł naprowadziłoby zapewne historyka na wnioski, któreby jaśniej wykazały, jakie są mianowicie desideratu, czyli w jaką szczególniej stronę badania zwróconemi być powinny. Bo takie zdanie, że historyą wtedy dopiéro można pisać, kiedy wszystkie materyały zebrane, wszystkie studya przygotowawcze dopełnione zostaną, w praktyce utrzymać się nie może; nigdy bowiem do tegoby nie przyszło, a tymczasem historya, chociażby była konstrukcyą hypotetyczną, potrzebną jest jako szczebel, jako punkt a quo dla nauki i ułatwienia pracy następnym pokoleniom. Są wprawdzie krótkie wzmianki w dziele p. Bartoszewicza o języku i dyalektach (str. 133 i 168), ale te, nawet w zakresie przez niego przyjętym, nie dają odpowiednich dzisiejszemu stanowi kwestyi wskazówek. Dzisiaj (nie mówiąc już o języku litewskim) pytają się np. o organiczny związek między dyalektem małopolskim a czerwonoruskim, mazowieckim a białoruskim, i oprócz wpływu polskiego języka piśmiennego na piśmienność ruską kronikarską i kancelaryjną, doszukują się wzajemnego i ciągłego wpływu tamtych dyalektów na piśmienność polską. Przytaczano (i rzecz jest do prawdy podobna), że katolik białoruski, włościanin, mówiący własném, tylko narzeczem, nie mogący zaśpiewać pieśni kościelnéj Karpińskiego bez przekręcenia wyrazów ze szkodą sensu, z zupełną łatwością mógł wyśpiewać dwie pierwsze zwrotki znanej piosnki Mickiewicza: Pierwiosnek, z najczystszém oddaniem dźwięków, z zupełném zrozumieniem składni, przenośni, obrazów, tak, jakby w zasadzie wzię

tych z jego własnego organizmu umysłowego i tylko podniesionych do wyższéj poetyckiej ekspressyi. Jestto drobna tylko wskazówka zadań otwartych dla literackiej analizy w przedmiocie natury i wpływu dyalektów.

Zakończyć należy ten rozbiór uwagą, że styl p. Bartoszewicza jest nadzwyczaj niejednostajny, a nawet, pod względem czystości języka, dosyć zaniedbany. Miejscami jest pewna żywość w opowiadaniu, pewna obrazowość dosyć przypadająca do przedmiotu, ale raptowne przejścia z tonu lirycznego do sentencyjnego, z tego znowu do familiarnego, nużą czytelnika, a dla ucznia mogą służyć raczej jako przykład tego, czego unikać, niż co naśladować wypada. Nie dodaje též jasności skocznym peryodom p. Bartoszewicza niespodziewane częstokroć i odmienne od zwykłego używanie spójników więc, chociaż, ponieważ i przyimka až. Nakoniec, pomijając neologizmy, jak zastój, w tém np. wyrażeniu: chwilowy zastój literatury, albo słoje, nie w znaczeniu naczyń aptecznych albo słojów w drzewie, ale w znaczeniu warstwy, np. wszystkie sloje narodu; trafiają się též gallicyzmy nie najlepszego gatunku. „Dotąd nic w Zubrzyckim nie zdradzało namiętności politycznych" (str. 617). „Im który naród dzielniejszą ma prassę peryodyczną, tém silniej zdradza życie swoje" (str. 642). „Dziennik literacki nie tak obszerny ma zakres, ale wiele także zdradza życia” (str. 642). Ten gallicyzm wzięty z teatralnego stylu, wcisnął się do języka niemieckiego, a następnie, bardzo niewłaściwie, do naszego. Po polsku, zdradzać podobno nic innego nie znaczy tylko zdradzać.

Do przypadkowych zapewne pomyłek należy wiadomość (str. 495), że Euler przyznał Michałowi Hubemu „stworzenie rachunku różniczkowego,” wynalezionego na sto lat przedtém przez Leibnitza i Newtona.

G. E.

Rocznik lesniczy. Dzieło zbiorowe. Rok piérwszy. Warsza

wa. 1861.

Z godłem.
„Poszczęść Boże zamiarowi .
Pracy ludzkiej i borowi; i
Bo leśny siew, to Boży siew:

Im dalej w las; tém więcej drzew." Sylwan dziennik leśny przestał wychodzić z niewiadomych nam powodów; pismo to nie mało zasług położyło i było jedynym Tom I. Laty 1861.

54

organem i pomocą, z którego każdy właściciel ziemski, mógł czerpać co do gospodarstwa leśnego pomoc i naukę. Rocznik lesniczy, który mamy przed sobą, ma zastąpić Sylwana : obejmuje on prace młodzieży naszéj, która poświęciła się téj gałęzi gospodarstwa narodowego. Wszyscy prawie pisarze, których czytamy utwory w Roczniku, są to młodzi urzędnicy leśni. Zaklad praktyczny leśnictwa, ogrodnictwa, pszczolnictwa, jedwabnictwa i rybactwa, założony nie dawno w Feliksowie nad Bugiem, w leśnictwie rządowém Brok, dobrze się na początek zaleca, gdy już widzimy owoc prac rozpoczynających swój zawód pracowników w tym Roczniku.

Oprócz lżejszéj treści utworów, jak wierszy i małych roz-. prawek więcej ogólnych, z zajęciem każdy odczyta ciekawy i zajmujący opis Czerwonego boru przez A. Hollaka , jak tegoż sposoby ustalania wydm piusczystych; Ogólną formulę obliczania miąższosci drzewa i O ważności przyrostu drzewnego stosunkowo zmniejszającego się przez T. Bohuszewicza; 0 truciu wilków i lisów K. Dworakowskiego. Oprócz tych ważnych rozpraw dla każdego ziemianina , nie możemy pominąć rozprawki J. Zwierkowskiego p. n. · Kilka słów o społeczeńslwie leśnika: w której wykazując stanowisko każdego z tego zawodu, w słowach pełnych szlachetności i zacnego uczucia, zwraca uwagę swoich towarzyszów, jak leśnik powinien zbliżać się i dawać opiekę biednym kmiotkom. Znać w tém rękę poczciwą, co nakreśliła takie wyrazy: „niechaj chłopek będący w potrzebie, znajdzie w sąsiadującym z nim urzędniku leśnym pomoc i opiekę, a w każdym razie życzliwą i skuteczną radę; niech uważa go za swego przewodnika moralnego, mając zawsze w nim zaufanie połączone z miłością i szacunkiem.” Nie możemy przepomniéć rozprawek mniejszych, jak Napomknienie o lasach ziemi dobrzyńskiej p. Wrześniewskiego, Nie bylo nas, byl las, nie będzie nas, będzie las przez J. Os. – Ważność nauki leśnictwa W. Olszowskiego, jak i znanych już dobrze pisarzy prace Alex. Połujańskiego, WV zmiankę o lasach zagranicznych i Wojciecha Jastrzębowskiego Uklad rzeczy ziemskich oparty na zasadzie. W końcu mamy Rocznik administracyi leśnej Królestwa Polskiego, ze spisem alfabetycznym nazwisk składających też administracyą.

W rozmaitościach czytamy skargę Mieroszewskiego b. adjutanta księcia namiestnika Zajączka do W. kommissyi województwa krakowskiego, przed r. 1828 zaniesioną, o nie wydanie mu

« PoprzedniaDalej »