Obrazy na stronie
PDF

który dozwolił mu zrozumieć położenie rzeczy, rozmierzyć głębokość upadku, uczuć żal za straconém szczęściem i wstyd z jego utraty. W takiém usposobieniu młody winowajca skazał się na kilkoletnie wygnanie, zdala od miejsca występku. Za powrotem chodził ze spuszczoném czołem, na ktorém pokuta nie zatarła jeszcze śladów winy; ale dawni przyjaciele, a w liczbie tych brabia Antoni i Klara, przyjęli z otwartém sercem marnotrawnego syna. Wszystko to odbywa się jeszcze przed otwarciem kortyny, a dowiadujemy się o tém wkrótce po jej otwarciu, tojest w pierwszym akcie. Stanisław codzienny gość w domu hrabiostwa, był świadkiem ich domowego szczęścia: widział jasno, że jemu należało się to szczęście, jakie Klara z nieprzebranego źródła w sercu swém zléwała na męža, który uczucie jej szczerze odwzajemniał. Gryzło go to, bo dopiéro poznał, co stracił i jakie serce zakrwawił. Lecz Stanisław, jako prawdziwy pokutnik, nie myślał zamącić iin tego szczęścia; w obejściu Klary widział aż nadto dobrze, że z dawnego jej dlań uczucia, pozostała tylko sympatya i przyjaźń, a najgorętszy jego zapał przeszedł na męża; mógł więc bez narażenia i jej i siebie, czerpać pociechę i siłę powstania z téj dłoni, którą doń serdecznie wyciągano. Stosunek ten inaczej jednak wyrozumował sobie Bartek w swém sceptyczném zapatrywaniu się na społeczeństwo: on wziął je za występne porozumienie się dawnych kochanków, zasłoną przyjaźni zręcznie utrzymane przed mężem i światem, i to swoje odkrycie pospieszył znajomym udzielić. Zaszczyt pierwszeństwa spotkał dwóch obywateli, ludzi wyższego towarzystwa, z których Kazimierz Janski, przedstawia po prostu człowieka zwyczajnego, szanowanego powszechnie dla zalet towarzyskich, bez żadnych szczególnych właściwości; drugi Wincenty Grot ma oprócz tego barwę jakiegoś filozofa epikurejskiego. Rozumié się, że ci znając dobrze charakter dwojga małżonków i ich stosunki domowe, rozśmieli się z przypuszczeń Bartka, ale ten nie dał się zachwiać w zdaniu, zapowiedział im owszem wkrótce, co najmniej pojedynek. Ale dobrze powiada jeden moralista francuzki: „Calomniez, calomniez; il en restera toujours quelque chose.” Wincenty po obszerniejszéj rozmowie ze Stanisławem, w której ten odmalował mu stan swojego serca, žal za przeszłością i boleść z bezpowrotnej utraty szczęścia, zawahał się w swej pewności i powiedział sobie: czy tylko Bartek nie ma istotnie racyi po części. I był to pierwszy kiełek, jaki wypuściła plotka.

W drugim akcie rozwija się w pełnym blasku piękny charakter Klary. Zlitowała się ona nad nieszczęśliwym pokutnikiem, nie chciała, ażeby zmarniał do ostatka pod ciężarem grzechu, a widząc iż pragnie powstać, podała mu rękę. Mieszkała przy niej młoda krewna Cecylia, którą Stanisław dzieckiem jeszcze odjechał: przez nią tedy zamierzyła Klara odbudować to życie, które nadwerężyła płochość: w rozmowie z Cecylią, przekonała się Klara, że środek ten nie jest niepodobnym; w postępowaniu, smutku i skrusze Stanisława miała rękojmią tego, że nie naraża Cecylii na zawód swemu podobny. Zamiar ten oględnie zrazu prowadzony zbliżył ich jeszcze bardziej, co tém więcej zwróciło czujne oko plotkarza, który wietrząc tu i owdzie, wywnioskował sobie, iż Stanisław nagłym zwrotem do Cecylii, chce tylko lepiej zamaskować istotne cele. Nie możemy tu nie wskazać jednéj sceny, - rozmowy Stanisława z Klarą, w któréjto, pod tą chrześciańską, zemstą zacnéj kobiety, uroczyście powstaje jakby z grobu dusza Stanisława i ockniona, rozpatruje się na nowo radośnie w znanych sobie przedmiotach, które przed chwilą, ponure i czarne, teraz śmieją się doń wesoło. On zszedłszy się oko w oko z Klarą, oczekiwał wyrzutu, który miał go pognębić do ostatka, a ona tymczasem powiedziała mu: dosyć już cierpienia, wyprostuj się i żyj. Zbudziło się na te słowa zastygłe serce Stanisława, wstał i błogosławiąc rękę podającą ten ożywczy napój miłosierdzia, odezwał się z wdzięcznością:

Chęci pani przenikam, wolę jéj zgaduję,
Widzę, jakie lekarstwo pani mi gotuje.
I jeśli czas potrafi tę słodką dziewice
Przekonać, że to zwiędłe i schorzałe lice
Nie jest oznaką serca, co już całkiem zgnilo;
Jeśli także uwierzy, że miłości siłą,
Którą mi pewnie natchną jéj cnoty i wdzięki,
Odżyję, to mi pani nie odmów jej ręki,
I uprzedź Antoniego, co jest ojcem dla niej,

O chęci, co tak święta, jak jest serce pani. Cały ten stosunek tych trzech osób: Stanisława, Klary i Cecylii, obejmujący większą część drugiego aktu, prowadzony jest z wielką umiejętnością artystyczną. Bez żadnych monologów i długich a parte komentujących co się ma stać, cały proces psychologiczny wywija się jak z kłębka, w którym nić dramatyczna nie zatrzymuje się na chwilę ani zahacza, ale snuje się bez przerwy w coraz żywszych i rozmaitszych barwach. Jak z jednéj strony rozwija się tu obraz uczuć, tak z drugiej rozwija się plotka za poddmuchem Bartka i żeńskiej czeladzi, i to z tém większą siłą, im fałsz jéj w umyśle widza staje się jawniejszym. Plotka popierana kilku błędnie wytlumaczonemi pozorami, rośnie, wzbiéra jak fala,

czepia się coraz innych ust, coraz innych uszu, niebawem napełnia odorem swym całą atmosferę i zaraża męża, który dotąd nic nie wié o zamiarach Klary. Bartek zwija się czynnie, korzysta z każdéj sposobności, aby swym odkryciom nadać większe znaczenie, tak, iż całe towarzystwo zostaje pod wpływem miazmatów plotki.

Trzeci akt przedstawia już najwyższe jéj rozwinięcie. Liczna zgraja trutniów żywo i głośno rozbiéra tę niegodziwość ludzi oblekających się szatą powagi i cnoty; kobiety wzdychając ubolewają nad upadkiem Klary, nad smutną rolą Cecylii, która jest tylko parawanem zgorszenia; mężczyźni ubolewają nad sromotą i nieczujnością Antoniego, podziwiają jak Stanisław dobrze skorzystał z rekolekcyj paryzkich. Tylko młoda jedna dziewica oburza się na tę całą, nikczemność, tylko Kazimierz zżyma się na Bartka za ten nędzny i niebezpieczny wymysł, podtrzymuje wiarę w Wincentym, który się widocznie zachwiał; a Bartek zaciéra ręce, dowodzi swej nieomylności i jako arcykapłan plotki pragnie pobudzić najsceptyczniejsze umysły do wiary w to bóstwo, któremu służy. Już ziarna przez niego zasiane wykiełkowały należycie, już wydają owoc; pytanie kto go spożyje. Odpowiedź nie może być wątpliwą: wszak komedya ma za cel zrzucenie fałszu i pozoru, pojednanie człowieka z prawami moralnemi i obyczajowemi bez narażenia indywiduum. Pomimo tej pewności, groza, jaka ciąży nad bohatérami tej komedyi, udziela się i czytelnikowi: autor stan niebezpieczeństwa i wątpliwości doprowadził do ostatecznego naprężenia, ale tak. kunsztownie i zręcznie, iż wywołując wrażenie niepokoju i obawy, nie przeszedł jednak po za granice zakreślone komedyi, nie wpadł w płaczliwy melodramatyzm. Ukazuje się smutna i zamyślona postać Antoniego: nie mógł on przyjmować obojętnie tego co się na około niego działo; wybuch był nie przyzwoity, niezgodny z powagą i szlachetnością jego charakteru; poddanie się trąciło znów nikczemnością: wyjście było trudne. Nie śmiał on postawić żony na równi z wieściami jakie obiegały, jednakże nie mógł nie przypuszczać jakiegoś z jej strony powodu; serce jego tembardziéj z niechęcią i goryczą, odwróciło się od Stanisława. Żeby zacząć coś działać w tém trudném położeniu, począł robić mu przymówki w obec żony; najmniejsze zapalenie się z jednéj lub drugiej strony, ostrzejszy wyraz, zadraśnięcie honoru, już moglo zniszczyć tę budowę, któréj plan tak po chrześciańsku obmyśliła Klara i nadto wywołać wielkie nieszczęście: przewidywany przez Bartka pojedynek mógł przyjść łatwo do skutku lubo z innej przyczyny. Lecz dostrzegła Klara ten tragiczny moment; w samą porę oddaliła Stanisława z Cecylią, iz ufnością żony, z miłością kochanki przemówiła do serca malżonka, odkrywając mu zamiar swój, który był jedyną jéj winą. Tu koniec już z uczuciami, domawiać nic nie potrzebujemy; ale nie koniec z plotką, a to podobno najtrudniejsza sprawa, boć ona była téj komedyi zadaniem. Wreszcie jeżeli przez taki obrót rzeczy plotka upadła z całéj wysokości, na jaką wyniósł ją Bartek, to cóż robić z plotkarzem?

Hrabia Antoni, który równie jak wszyscy, nie był nigdy nieprzychylnym Bartkowi, tak się o nim wyraża (akt I, scena IV):

[ocr errors]

Słowa te mamy prawo uważać za program autora, za zalożenie utworu i wyraz estetycznej opinii. Zdaniem naszém, utwór w dosyć ważnéj części niezupełnie odpowiada założeniu. Dotąd wszystko, z czego zdaliśmy sprawę, trzymało się żelaznemi klamrami loiki i harmonii: charaktery przeprowadzone były tak żywo i odmalowane z taką prawdą, a jak Klara, Bartek i Stanisław, z takiém bogactwem kolorytu, że autor nie pozostawił najmniejszéj wątpliwości co do idei, jaką wyobrażać miały. Sytuacya i słowo były prawdziwym i artystycznym wyrazem myśli. W ciągu trzech aktów skończył zupełnie z każdą z postaci pierwszorzędnych, nie skończył tylko z najgłówniejszym bohatérem i dlatego poświęcił mu jeszcze akt czwarty.

Bartek, jako typ komiczny, ma przed sobą zwalczenie fałszywej idei, która nad nim panuje; zwalczenie to nastąpić może albo własnemi jego siłami, albo siłą okoliczności, które przychodzą, mu w pomoc: w każdym jednak razie środki muszą być równie szlachetne jak stanowisko, na którém autor stanął przy pierwotnym pomyśle. W końcu trzeciego aktu, Bartek znajduje się właśnie w tym stanowczym momencie życia, który rozstrzyga walkę; zbliżył się do ognia, od którego cofnąć się nie może, ale musi przejść przezeń za karę i wyjść z niego pojednany z obyczajami, równy innym ludziom, od których oddzielał go fałsz. Fakta, które działalność jego pod przewagą tego fałszu nagromadziła, muszą go wyprowadzić na droge prawdy. Teraz jest on figurą najkomiczniejszą.

Rozwiązanie to następuje w ten sposób: Antoni udaje, jakoby nie wiedział o niczém, daje plotce swobodne ujście, czyni przybory istotnie jakby do pojedynku ze Stanisławem, a Bartek stąpa tryumfująco, widząc, jak się spełniają jego domysły; toż samo czyni reszta plotkarskiej rzeszy. Tymczasem w chwili, kiedy wszyscy spodziewają się upragnionego wybuchu, Antoni zmienia front i po porozumieniu się ze Stanisławem wyzywa, rozumié się żartem, na pojedynek Bartka, oznajmując mu całą rzeczywistość. Bartek zestraszony na śmierć, wyprasza się, molestuje, zaklina, że póki życia żadnéj więcéj plotki nie zrobi; Antoni przebacza i ściska mu rękę, i tém się rozwiązuje komedya. Owoż ten pojedynek, jako siła obca zjawiskom moralnym, jest środkiem niepotrzebnym, nieodpowiednim tym żywiołom, jakie panują w całéj komedyi. Mógłby on być tylko użytym w chwilowej farsie, nie zaś tu gdzie cały przebieg odbywał się w ściśle psychicznych karbach. Plotka powinna była w umyśle Bartka upaść samą brzydotą swoją i widokiem deprawacyjnych konsekwencyj, uledz skutkiem zajęcia stron moralnych, nie zaś przez postrach natury fizycznéj. Postrach śmierci oddziałał tylko na tchórza, nie zaś na człowieka. Pojedynek ten wreszcie jestto oczywisty deus ex machina: przypuśćmy, że Bartek jest odważny i przyjmuje go: a tož byłby figiel, w cóż się wtedy obróci komedya? Nie jestto zatem wyjście harmonizujące z ogółem; szczegół ten jeden wygląda, jak część odmiennego a niższego stylu, sztucznie ale nie kunsztownie spojona z kształtnéj i jednostajnéj budowy całością.

Pomimo to jednak, komedya, którąśmy przejrzeli, rozległością mysli, wychodzi ze sfery powszednich w tym rodzaju a współczesnych nam produkcyj. Nie potępiamy ich bezwzględnie; talent uzacnia nietylko kolosy ale i filigrany: wszystko może być piękném, gdzie powionie tchnienie talentu. Ale z drugiej strony, stawiając sztukę dramatyczną na szczycie poezyi, uważając formę jéj za najwyższy wyraz piękna, sięgający głębin ducha ludzkiego, nie możemy wchodzić w żadne układy z temi skarłowaconemi kształtami, w jakich obecnie najpowszechniéj przedstawia się dramat. Treści pospolite, dotykające życia z powierzchownej strony, mogłyby sobie wynaleźć inne formy, nie skradać się pod ten królewski płaszcz dramatu, który zwyczajnie służył tylko wielkim zadaniom i wielkim ideom. Zniżenie się twórczości do drobnych rozmiarów, niby usprawiedliwia się pragnieniem i potrzebą, mass. Dawniej, kiedy literatura była prerogatywą szczupłego kółka wybranych, gdy przemawiała tylko do umysłów uprawionych nauką, wtedy starała się

« PoprzedniaDalej »