Obrazy na stronie
PDF

Dyplomata francuzki, Margrabia Moges, studyuje chińską dyplomacyą. W dzisiejszych okolicznościach, kiedy wojna występuje w Chinach jako wszechwładny i jedyny środek moralnego postępu i oświaty, jest to może najważniejsze dla Europejczyka studyum: dwa narody szturmujące do chińskiego muru, wedle tego pokierują swe działania i stosunki z rządem chińskim ułożą, narody zaś nie mające udziału w walce, będą umiały ocenić jéj trudności.

Ustalona, a nawet niepochlebném przysłowiem przypieczętowana sława dyplomacyi, nie dozwala w tym punkcie, nawet od Chińczyków, żądać zbyt surowej uczciwości; jednakowoż dyplomacya europejska ma wstyd pewien, który w stosunkach międzynarodowych pewnych granic przestąpić jej nie dozwala. Chińska dyplomacya jest bezwstydna: fałsz jej nie ma granic, chytrość nie cofa się przed niczem, a oblicze nie zna rumieńca.

Najlepiej o tém przekonywają dokumenta tajemnie ogłoszone we francuzkim przekładzie, przez pana Moges. Kiedy pisał swe Wspomnienia Ambassady Chińskiej”, był on sekretarzem barona Gros, reprezentanta Francyi przy podpisaniu traktatu Tien-tsin, w 1858 roku; stał więc u źródła i mógł być najlepiej informowany. Te dyplomatyczne elukubracye chińskie, w których nieprzysłoniona żadném omówieniem myśl stoi zupełnie naga , są nader zajmujące i nauczające.

Rękopisy, o których mowa, dotyczą missyi anglofrancuzkiej z 1844 roku, a były znalezione w Kantonie, w archiwach vice-króla po zdobyciu tego miasta przez eskadrę europejską, 30 grudnia 1857 roku. Najciekawszym jest memorial wystosowany do cesarza przez tégoź vice-króla Ki-ing, podpisanego na traktacie z Europejczykami, a opatrzony własnoręczną aprobacyą Najjaśniejszego Syna Niebios.

Vice - król stawia najprzód jako zasadę, że oszukaństwo jest jedynym sposobem postępowania z barbarzyńcami (tak się zowią w języku urzędowym Francuzi, Anglicy i Amerykanie). „Nie można być z nimi zbyt obłudnym, powiada vice-król, choćby to miało koszto

wać wiele, gdy tego wymagają okoliczności; trzeba się starać przypodobać wrogom, zmuszać ich do wdzięczności, nawet, o rozpaczy! traktować ich jakby równych sobie”.

Od przepisów politycznych, autor memoryału przechodzi do spostrzeżeń, których mu dostarczyły stosunki 2 barbarzyńcami, i tak nad niemi się lituje:

„Urodzeni i wychowani gdzieś w zapadłych krajach ciemnoty, nic dziwnego, że nie są zdolni pojąć wielu rzeczy w Niebieskiem Państwie, że go często wcale nawet nie pojmują. Z tego powodu zadają ustawicznie rozmaite pytania, na które odpowiadać próżno, bo eksplikacyi nie zrozumieją. Nie mają pojęcia właściwej wartości rzeczy; i tak na przykład: dekreta wielkiej rady, tak szanują, jakby były przez cesarza podpisane; jeżeli im dasz do zroznmienia, że te dekreta nie są dziełem Waszej Cesarskiej Mości. to i wtedy wyobrażają sobie jeszcze, że one coś warte”.

Dalej Chińczyk przechodząc do studyów obyczajowych tak mówi:

Barbarzyńcy jadają gromadnie: przy tej funkcyi życia najwięcej schodzić się lubią. Kiedy znając tę ich marność, twój niewolnik uczynił im zaszczyt zaproszenia na obiad, każdy stawił się święcie, uważając za zbrodnią nie pokosztowanie ofiarowanego sobie przez ceremonią półmiska. Nakarmiwszy barbarzyńców, musiał i twój niewolnik iść do nich na obiad.... o rozpaczy! musiał jeść i pić ich widelcaini i ich szklankami, albowiem inaczej byłby naraził dobre stosunki Niebieskiego Państwa z krajami barbarzyńców.

„Najwyższemu wiadomo, ile ta ofiara ciężką była twemu niewolnikowi, ale czegoż człek nie zrobi dla miłości ojczyzny! (Gdyby umiał po polsku koronowany autor, byłby pewnie w tém miejscu przytoczył wiersz Krasickiego: „że dla niej słodko smakują trucizny”, ale nie umie, więc zostawmy go własnemu natchnieniu). Przebrzydle jadło, w gardło iść nie chciało, a każde słowo oburzało dostojną duszę twego niewolnika. Bo co za pojęcia mają barbarzyńcy, to w istocie wstyd powtórzyć! I tak, między innemi, największą ich przyjemno

ścią chełpic się z żon swoicb. Jeżeli jaki wysoki dostojnik państwa odwiedzi barbarzyńca, żona jego natych. miast poczytuje sobie za obowiązek wyjść naprzeciw gościa, a zawsze je z sobą włóczą. Amerykański barharzyniec Parker i francuzki Lagrené, przybyli tu także z żonami, a kiedy twój niewolnik chciał z mężami gadać o interesach, nagle wbiegły kobiety i poczęły go witać. Niewolnik twój zinieszał się niewypowiedzianie taką nieobyczajnością, nie wiedział co ma począć, języka w gębie zapomnial; a one tymczasem paplaly i widocznie mocno uradowane były osłupieniem twojego niewolnika".

Pomijając dalsze ubolewania Chińczyka nad ciemnotą i nieobyczajnością barbarzyńców, wypisujemy tu jeszcze niektóre uwagi polityczne dostojnego niewolnika Słonecznego Syna.

„Każdy z narodów barbarzyńskich inaczej naczel. nika swego zowie: niektóre przywłaszczyły sobie tytuł cbińskiego monarchy (cesarz Napoleon na dokumentach chińskich tytułuje się jak cesarz chiński). Francuzi mianowicie zuchwale używają stylu, do którego nie mają prawa: mniemają oni w swej nikczemności, że tym sposobem sprzedadzą się sami za cóś wielkiego, a swój kraik za wielkie mocarstwo. Ze chcą się przez to przypodchlebić swemíu naczelnikowi, to rzecz naturalna; gdyby to był tylko komplement, nie miałbym nic przeciwko temu, ale mam pewne wskazówki, z których wnoszę, iż gdybyśmy żądali od nich, żeby się poddali przepisom zachowywanym przez chińskich lenników, gotowiby nie usłuchać, bo nie liczą czasu tak jak my, i nie chcą uznać zaszczytu, jaki im uczyniłeś N. Panie, stawiając ich na równi z wyspami Lieutcheu i Kocbinchina.”.

Wyszydziwszy i spoliczkowawszy zuchwalstwo francuzkie i pretensye Francyi do nazwy wielkiegó mnocarstwa, dyplomata chiński, taką daje konkluzyą:

,,Z ludźmi tak mało ucywilizowanymi jak barbarzyńcy, tak ograniczonymi i bezmyślnymi w piśmie i mowie, a tak uparcie obstającymi przy swojem, najlepszą jest rzeczą bynajmniej nie zważać na ich obyczaje, czynić swoje, jakby się tego, co oni robią nie widziało. (Trudno będzie teraz nie widzieć zdobytych fortec Taku

i Tang-ho). Postępnjąc jak z ludźmi, jak z równymi, nietylkobyśmy musieli zerwać z niemi wszelkie stosunki osobiste, ale i wszelkie urzędowe relacye musiałyby się skończyć ze szkodą ważnej kwestyi pokoju”.

II.

Powyższy dokument lepiej niż wszystkie rozumowania wykazuje grubą ciemnotę chińską, mianowicie w rzeczach zewnętrznych; najlepiej daje poznać pyszne głupstwo i ograniczoność pojęcia, która, mimo odwie- . cznej oświaty, trzyma w dzieciństwie ów naród stary., Pod tym, równie jak pod innymi względami, Chińczycy stoją daleko niżej od Japonów, których cywilizacya jest bez porównania młodsza.

A jednak, obok tak wielkiego ograniczenia, wewnętrznemi stosunkami tego narodu rządzą prawa rozumne: na niektóre jego ustawy zgodziliby się najpoważniejsi prawodawcy europejscy, ale na niektóre tylko. Pan Moges, bardzo chłodny wielbiciel Niebieskiego Państwa, utrzymuje, že organizacya adıninistracyjna Chin jest przewyborna. „Wszystkie ustawy, powiada, są dobre, tylko na ludziach im zbywa."

Tu możnaby zadać autorowi pytanie, na które może, choć dyplomata, odpowiedziby nie znalazł: jeżeli prawdą jest, że instytucye tworzą ludzi, co cala historya poświadcza, jak może zbywać na ludziach dobrym instytucyom? Czy zupełny brak moralności w społeczeństwie, nie jest najlepszym dowodem wadliwości ustaw takiego społeczeństwa?

Zasada powagi rodzicielskiej, wprowadzona w porządek polityczny, i ścisła hierarchia, jaka z niej wypływa, jest do pewnego stopnia dobrą; ale te dwie zasady fundamentalne rządu chińskiego, naginając ogólną wolę pod jarzmo biernego posłuszeństwa, jeżeli nie zabijają, to paraliżują energią osobista; opóźniają, jeżeli nie tamują zupełnie rozwój władz umysłowych człowieka.

Nieinaczej rzecz się ma z tą drugą podwaliną chińskiej społeczności: nieograniczonym szacunkiem starszyzny. Jako zasada konserwacyi, jest ona wyborną, nie'

Toi I. Styczed 1861.

ulega kwestyi; ale w tak urządzonej społeczności, doskonalenie i postęp są nie możebne.

Pomiędzy licznyini argumentami, któreby można przeciwstawić wielbionej przez pana Moges doskonalości ustaw chińskich, jest i ten ważny a powszechnie znany, że rasa mongolska na drabinie ludzkiej intelligencyi drugie zajınuje miejsce; że Chińczycy nie maj umysłowej ras białych Azyi zachodniej i Europy, ani ich zdolności doskonalenia się ani daru przyswajania sobie obczyzny, czemu zaprzeczyć nie podobna.

Tak w literaturze, jak w nauce, we wszystkich pracach ducha i wyobraźni, Chińczyk doszedł już do granicy, której przestąpić nie może. W dziedzinie nauk na empiryzmie się zatrzymal; w sztuce na drukarstwie i pagodach; w historyi na regiestrowaniu faktów, jak europejscy kronikarze średniowieczni: w niczém nie wzniósł się ponad sferę materyalnego życia. W jego literaturze nie ma ani jednego autora, któryby dawał przeczucie Homera, Wirgiliusza, Tacyta lub Newtona, tych różnostronnych objawów geniuszu ludzkiego: poezyi w jej najdzielniejszém natchnienin; sztuki w jej najdelikatniejszéj ekspressyi; syntezy, historyi i analizy praw świata zewnętrznego w ich najgłębszém zrozumieniu. Oświata chińska czysto pozytywna, materyalna, ostatecznie tworzy społeczność, której podstawą absolutyzm, a szczytem | ateizm.

Nie twierdzimy przeto, żeby postęp i ulepszenie miały na zawsze pozostać obcemi Chińczykom; przeciwnie, , wierzymy w odrodzenie nawet tego zbutwiałego narodu. Wpływ francuzki, nie zbezczeszczony handlem opium, zbawienne może wywrzéc skutki na to zgrzybiale państwo, pełne wyrafinowanego okrucieństwa i zdziecinniale barbarzyńskiem zepsuciem; chrześcianizm, który tyle cudów zdziałał na świecie, może i tam wnieść zarody moralnego oczyszczenia. Ale to kwestya dalekiej przyszłości. Zostawmy czasowi rozwijanie tych ziarn, rzuconych w Państwo Niebieskie zbawienną dłonią francuz

kiego żołnierza, a sami powróćmy jeszcze do Chińczy- ków takich, jakimi ich wiecznie jednakie prawa uczyniły.

« PoprzedniaDalej »