Obrazy na stronie
PDF

tchnień tak czystej a zarazem tak ludzkiej sztuki Odrodzenia. Farnesina z tym cyklem niezrównanego wdzięku i z Galatea, Borgo Nuovo z ostatniem podobno mieszkaniem Rafaela, świadkiem ostatnich natchnień jego młodego życia, nawet i legendarne okno jego Fornariny – wszystko to w pobliżu Stanzi Loqii, wprowadza człowieka w taki nastrój, jakby na prawym brzegu Tybru oddychał Rafaelem i Odrodzeniem. A Tasso! Pełno go wszędzie, w Sant'Onofrio, jakby jeszcze nie zamknął powiek w cichej celi tego klasztoru, w przededniu swego tryumfu na Kapitolu; wszędzie, w ulubionej jego Madonnie Leonarda da Vinci, opodal miejsca, gdzie on żegnał się z życiem doczesnem; pod sklepieniami krużganków klasztornego Cortle czy w cieniu tego sławnego dębu, querciu di Tasso, skąd poeta tylekroć patrzał na wspaniałą, jedyną panoramę Rzymu. Wszędzie tu żyje Tasso, więcej niźli w Sorrento, w Ferrarze i w Villa d'Este i grób, gdzie dziś zwłoki jego złożone, i ten dawny nagrobek z ślicznym, wzruszającym napisem, wszystko pełne piewcy (#erusalemme liberała: „tu on kazał się wynieść" – powiada napis – „aby na tem wyniosłem wzgórzu, jak sam powtarzał, i w obcowaniu z tutejszymi Ojcami rozpocząć obcowanie z Niebem"

Canto l'armi pietose e il Capitano

('he il gran sepolcro libero di Christo

Jak maska pośmiertna poety, uwieńczona wawrzynem i z pietyzmem przechowana przez zakonników, nie schodzi przychodniowi z oczu w murach Sant'Onofrio, tak w uszach brzmi mu ustawicznie ten wiersz, ten język, tak uszlachetniony przez Tassa, ten sam giętki, dźwięczny materyał, z którego w trzysta lat po nim wyciosał Carducci:

Te invoco, o Satana,

Rè del convito

I „oni” umieli urządzać „biesiadę" życia, ci wielcy synowie Italii XVI stulecia, choć obchodzili się bez jej zjednoczenia z stolicą w Rzymie, bez kultu Madre Natura, bez wzywania Szatana na króla tej „biesiady". Umieli, i lepiej to umieli od dzisiejszych coraces, helindrom i patres, z bogatej zastawy biesiadnego stołu unieść tyle rozkosznych kwiatów i owoców, że wyciśnięty z nich sok krzepi drogocennym kordiałem dziesięć pokoleń i dziesiątki ich będzie pokrzepiać, dźwigać, godzić z ziemią a podnosić ku Niebu, ozłacając Naturę promieniem Łaski, darem del Geova dei Sacerdoti *). Oni i niepożyte ich dzieła – to po Wszystkie czasy niezaprzeczona w ł asn o ś ć całego świata, a tem samem wieczna chwała ich własnego narodu, skarb ich włoskiej ojczyzny, tak niepodobnej do tych Włoch, zjednoczonych na apenińskim półwyspie, ześrodkowanych nad Tybrem, najeżonych setkami tysięcy karabinów w nieustającej obawie o tę Niety ka l n ą Stolicę, a tak wyjałowionych, mimo nienaruszonej spuścizny Michelangelów i Rafaelów, Tassów, Ariostów. Takie myśli narzucają się człowiekowi gwałtem pod sędziwym dębem Torquata Tassa, w obliczu najwspanialszej, jaką znam, panoramy. Może dla oka wspanialszy od niej widok Konstantynopola z Bosforu – nie znam go. I Neapol od strony morza więcej upaja oko, silniej działa na „ludzkie" poczucie piękna. Niema jednak na całym świecie drugiej panoramy, któraby z taką siłą przemawiała i do oka i do wyobraźni zarazem, a przez te wiadukty do myśli ludzkiej. Dziwna plastyka W tej bogatej rzeźbie Wiecznego Miasta, tak wyraziście uwydatnionej na wypukłościach sześciu historycznych pagórków; z siódmego człowiek patrzy. Wszystko, czem ten Rzym sła

[graphic]

*) Tak kończy się słynny II y m n do S za ta n a głośnego ('arducci: Salute, o Satana, () ribellione, 0 forza vindice Della ragione! Sacri a te salgano Il'incensi e i voti! IIai Vinto il Geowa De i sacerdoti.

Słynny ten poemat, Inno a Satana, główny tytuł chwały najsławniejszego dziś włoskiego poety, napisany w r. 1865, na dwa lata przed bitwą pod Mentaną, gdzie go śpiewali ochotnicy, walczący z wojskami papieskiemi. Przytoczone powyżej końcowe zwrotki brzmią w dosłownem tłómaczeniu: „Witaj nam Szatanie, witaj zbuntowana, mściwa siło Rozumu! Niech się ku Tobie wznoszą ofiary, które Ci składamy! Tobie ślubujem! Zwyciężyłeś Jehowę księży!"

[graphic]

wny, czem był wielkim i sławnym przez półtrzecia tysiąca lat – wszystko to rzuca się w oczy, tu skąpane w złocistych efektach światła, tam znów przyćmione cieniem załomów i dolin, rozdzielających pagórki; wszystko to, znikąd nie widzialne w takim blasku i w tak nieporównanych liniach, jak z różnych punktów Trastevere: z pod dębu Tassa, z pod dzisiejszego pomnika Garibaldego, od Acqua Paola albo z Villa Dorna Pamfili. Tak było, jest, i tak będzie. Już Martialis – za Wespazjana i Tytusa – tu prowadził oszołomionego Wiecznem Miastem przybysza, by mu ze wzgórza Transfiberim ukazać wielkość Rzymu w całym blasku i wspaniałości.

Byłem raz świadkiem zajmującej rozmowy, którą podniecał i podsycał widok rozkosznej tej panoramy, złoconej promieniami skłaniającego się ku zachodowi kwietniowego słońca, jak soczysta kłoda smolnego drzewa podsyca jasny płomień jarzącego się na kominie ogniska. Zaczęło się od interesujących uwag Artysty, który był szczególnym miłośnikiem trastewerańskiego pejzażu. Profesor zacytował epigram Martialisa:

Iuli iugera pauca Martialis
IIortis IIesperidum beatiora
Longo Ianiculi iugo recumbunt:
Ilinc septem dominos videre montes
Pt totam licet aestimare Roman

Albanos quoque Tusculosque colles...")

Literat tłómaczył damom łacińskie wiersze, Matce i ('órce; tymczasem Senator – nie włoski, całe towarzystwo składało się z Polaków – sprowadził powoli na grunt polityczny rozmowę, która dotąd przeskakiwała z przedmiotu na przedmiot, estetycznych przeważnie dotykając wrażeń i spostrzeżeń.

– Nie chce się prawie wierzyć, że te imponujący Rzym o tyle mniejszy od Warszawy. W r. 1831 Warszawa liczyła coś około 130 tysięcy mieszkańców; o tę zaś samą mniej więcej liczbę ma ich dziś więcej od stolicy zjednoczonej Italii. A na obszar terytoryum miejskiego, dzisiejsza Warszawa o Jednę trzecią rozleglejsza od Rzymu.

1) M. Wal. Martialis Epigrammatum Lib. IV. 6 |.

– Czy się też pan nie myli? – wtrąciła młodsza dama – mnieby się wydawało, że ten Rzym, tak okazale rozparty przed naszemi oczyma, przynajmniej dwa razy większy od Warszawy.

– Dlatego, że pani nigdy swojej Warszawy nie ogarnęła w całej rozciągłości rosnącego tak szybko miasta. Co prawda, i mnie trudno było uwierzyć, dopóki nie sprawdziłem po kilka razy znanych z pamięci cyfr. Tak, pani, kilka Rzymów pomieściłoby się wygodnie W majątku narzeczonego pani. Dwadzieścia wiorst kwadratowych, nie więcej: tak mały kawałek ziemi – a źródło nieustającej troski dzisiejszych jego panów, ta Roma intangible, źródło słabości Włoch, kula u nogi państwa, nieszczęście tak sławnego, zasłużonego narodu, najsympatyczniejszego ze wszystkich narodów, jakie kula ziemska dźwiga na swej skorupie.

– Wie pan – rzekł literat – że nie podzielam pańskich sympatyj dla Włochów; nieraz już mówiliśmy o tem. Co do Włoch jednak, nie zgodzę się także z panem, Onorevole tak pod włoskiem niebem mówiono żartem do senatora – żeby to dla państwa włoskiego była taka kula u nogi. Gdybym miał nieszczęście być Włochem, nie przyjmowałbym pańskich kondolencyj z tego powodu. Nie taka to znów okropność, że od czasu do czasu dyplomacya włoska miewa trochę kłopotu z rewizytą tego lub owego monarchy czy księcia krwi, który zjedzie do Rzymu i nie z Kwirynału ale z pałacu swojej ambasady wyjeżdża do Watykanu. I to nie długo potrwa; niech wymrze pokolenie, które pamięta papieskie czasy w Rzymie, a i te przeżytki drażliwości przejdą powoli do historji.

Panowie i Panie spojrzeli mimowoli po sobie; nikt nie odpowiedział literatowi. Chwilowe milczenie przerwał znowu profesor:

– Nie wiem, czy państwo znają prześliczny napis na grobowcu

Nacji Germańskiej w Padwie; na mnie on wielkie wrażenie wywarł, gdy go odczytałem niespodziewanie za pierwszą tam bytnością; nigdy jednak nie spotkałem się z nim w literaturze i nie wiem, czy nań wogóle zwrócono uwagę. Germanium Italia, Italian Coelo mutarunt to o studentach niemieckich mowa, którzy poumierali w Padwie dosłownie – dodał, zwracając się do pań – Nie m c y za m ie n i li na Włochy, W ł o c hey na N i e b o. Jakie stopniowanie! Zawsze przypomina mi się ten napis, ile razy w drodze do Włoch mijam Pontebbę albo kiedy statek, płynący z Fiume, zbliża się do Ankony.

– Niechże Pan Bóg pozwoli Szanownemu profesorowi odłożyć W najpóźniejsze przynajmniej lata to ostatnie déplacement – odezwała się żywo starsza dama, literat zaś – młody człowiek, więc choć literat, nie zupełnie jeszcze w rozbracie z łaciną, dorzucił z Horacego i przetłómaczył paniom:

Serus in Coelum redeas diuque
Laetus intersis populo Quirini )

– Dziękuję za życzenia, godne prawdziwie tego miejsca. Nie wiem, kto z nas większy przyjaciel i Włoch i Włochów, możebym jednak ten rekord Wygrał, Onorevole...

– Taki sport, jak i inne, nie gorszy i nie lepszy.

– Niepoprawny pan jesteś – zawołała panna Z. i tylko w nagrodę za tak zręczny cytat będziemy pana tolerowały w naszem

towarzystwie.

– Dla nas, ludzi północnych, Włochy mogą stać się łatwo stacyą po drodze do Nieba lub do Piekła, rozstrzygającą o dalszym kierunku drogi. To zależy od indywiduum – mówił dalej profesor. Wszystko tu na to się składa, i przyroda kraju i równie bogata przeszłość, która z każdego zakątka tak żywo przemawia do wyobraźni, że człowiek o tyle pełniejszem życiem tutaj żyje niż za Alpami; włoska ziemia i włoskie niebo, i kamienie i ludzie tego kraju wydobędą z tego samego gruntu psychicznego bez porównania więcej, niźliby na nim wydało żniwo w zwykłych, za Alpami, warunkach. Tu zawsze żniwo obfite; jakie? –– to od ziarna zależy i od uprawy. – Przyznaj pan – wtrąciła półgłosem młodsza dama do literata - że pan nad Wisłą ani tak dobranych cytatów nie przytaczasz z rzymskich klasyków, ani nie umiesz być tak złośliwym, a przynajmniej z takiem powodzeniem. – Już to – odgryzł się zaczepiony przy wesołym wtórze śmiechu całego towarzystwa – trudno o lepszego sprzymierzeńca od pani. Ja sam zaczynam wierzyć w tezę profesora, widząc panią tak okrutnie „złą" pod włoskiem niebem: widać jednak, jeźli tez i prawdziwa, że pani i w domu „zła", tylko ta złość", drzemiąca i bezwładna, une méchanceté latente, tu budzi się dopiero z uśpienia i dokazuje z taką żywotnością. – Tak – rzekł senator –- tutaj i zbrodnie większe i jasne strony ludzkiej natury uwydatniają się silniej, z pełniejszą żywotnością. Że Włochy górują liczbą zbrodni i potwornością – to wiadomo, ale nawet i w potworności zbrodni spotkasz się tu z pewną klasyczną

1) Carminum Liber I, Ode II. \d Caesarem Augustum 45: Jak najpóźniej wracaj do Niebios i długo jeszcze wesół przebywaj wsród narodu Kwiryna (wśród Rzymian).

« PoprzedniaDalej »