Obrazy na stronie
PDF
[ocr errors]

Pan Michał nie tknął jadła ani przy przekąsce, po której Paweł odjechał, ani przy obiedzie, jakkolwiek ten składał się codziennie z samych tylko „ulubionych" potraw, i nie rzuciwszy ani jednego spojrzenia w stronę pani Tekli, schronił się do ogrodu, żeby uciszyć wewnętrzny żal, Wewnętrzne płakanie. Bolała go niewymownie ta spowiedź, którą uczynił przed Pawłem, obnażył serce, obnażył duszę i nie wiedział teraz czem je przebłagać. Będzie już milczał do końca. Nigdy już i przed nikim nie podniesie żałobnej zasłony, nigdy! – powtarzał sobie.

A grzech ten popełnił drugi raz w życiu raz w wagonie, gdzieś daleko przed nieznajomym podróżnym, przed jakimś Francuzem z opaską na chorym oku, dziś przed bratankiem najlepszym może chłopcem. Francuz, żeby się odwzajemnić zwierzeniem za zwierzenie, jął opowiadać mu ze łzami i ze śmiechem swoje przejście z jakąś maitresse, która go zdradziła, a Paweł?..

Po co on mówił, po co?

Chmury pełzały po niebie ciężkie i nabrzmiałe, podobne do brzydkich, spuchniętych twarzy, gromadziły się w jeden zwał i wkrótce zasłoniły słońce. Już tylko rąbek błękitu jaśniał blado w północnej stronie niby rzeka śród posępnych brzegów, którą biegły ostatnie wody lazuru. Trwożne szelesty odezwały się w drzewach. ($rzmiało. I)uszny upał wisiał nad ziemią jakby nieszczęście, z którego nie ma wyjścia, zamarła pierś ziemi bez tchu – szła już ostatnia chwila... Ale wstał wicher, zakotłowało się. swiat poruszył się w posadach. Trzeszczały, huczały i gięły się drzewa, leciały liście, kładły się i zrywały się wysokie trawy ogrodu, deszcz spadł dużemi, rzadkiemi kroplami – burza poszła na suche lasy. I znowu śród czystego, spłukanego błękitu świeciło słońce. Zabrzmiały wonie niby głosy dziękczynne, cicho z cichych drzew spływały krople. Pan Michał dopiero późnym wieczorem wrócił do domu i ze świecą udał się do swojej „kaplicy boleści i ducha", jak szumnie i żartobliwie nazywał podłużny pokój z szafami biblioteki i portretami wielkich ludzi na ścianach. Spędzał tu zwykle długie godziny. ('hodził od szafy do szafy, brał jakiś tom, przewracał karty. ()czy zatrzymywały się na ustępach zaznaczonych ołówkiem, wspominał, marzył, smakował, lubował się i cieszyi. Słuchał. Pośrodku stało krzesło, na którem siadywał, z którego wodził okiem po tamtych twarzach. Słuchał. Zajął teraz swoje zwykłe miejsce. Szeregi portretów w jasnych z dębu ramach, zacierały się w cieniu i tylko dwa oblicza, na pół wyraźne, mierzyły go znanem wejrzeniem: Goethe i Szekspir, piękny, klasyczny, wiekuiście zimny i spokojny w swojej mądrej wiedzy Goethe i brodaty Szekspir, który w migotliwem oświetleniu zdawał się śmiać śmiechem szyderczym, pełnym zgrzytania... Panu Michałowi uczyniło się ciężko, pod przenikliwem badaniem tych rozumnych źrenic, i z lichtarzem w ręku począł chodzić wzdłuż ścian. Szukał czegoś... Dante i Bajron, Mickiewicz i Heine, Słowacki i szopenowska twarz młodego smyka, Beethowen i Pascal. Szukał czegoś. Wszystkie oblicza milczały, pogrążone w martwej zadumie, W wiekuistym, obojętnym na życie, na wszystko, co tutaj spokoju, i chłód wiał od tych białych, gładkich, nietkniętych żadną marszczką ziemskiego cierpienia czół. Dziś po raz pierwszy, rzecz szczególna, uderzyła go ta zimna cisza i gładkość jakby śmiertelna czół... Z westchnieniem przeszedł do pokoju jadalnego. Nad dużym dębowym stołem, zasłanym wytartą ceratą z nudnym wzorem, paliła się wisząca lampa, samowar, zastawa wieczorowa i poczta czekały na niego. Rozerwał opaskę dziennika i przejrzał telegramy bez zwykłego zajęcia. ... Wilhelm przedsiewziął nową podróż, jakaś królowa powiła syna czy córkę, jakieś ministeryum upadło... W innem usposobieniu połykał wszystkie wiadomości, od deski do deski, przeglądał nawet kronikę wypadków warszawskich, ogłoszenia–i była dla niego, od lat wielu otoczonego głuchą ciszą odludnego zakątka, ta gazeta jak barwna panorama świata, jak ciekawy kalejdoskop życia, jak olbrzymi gościniec ludzkości. Umiał czytać i rozumieć dzienniki. Z drobnego ogłoszenia petitem, albo zdarzenia ulicznego, wyobraźnia i serce wysnuwały mieszane obrazy niedoli i nędzy, obrazy walki o byt, głodów wielkomiejskich i żądz, tragedye zaułków i suteryn, bolesne istnienia nizin. Widział to wszystko i przeżywał, prowadził swoją własną statystykę, wysuuwał wnioski, swoje własne wnioski, które mówił rzadko komu, czasami śmiał się cicho, szyderczo, boleśnie. Ale dzisiaj nudził go dzienniki zadzwonił staroświeckim ze stojącym Napoleonem, zamiast rączki dzwonkiem (elektryczności pod żadną postacią nie uznawał), na kolacyę. Dymiący półmisek przyniosła sama pani Tekla. Nałożyła mu na talerz kalafiorów, nalała herbatę i usiadła na przeciwko.

[graphic]
[graphic]

Jakaś choroba? zapytał, zauważywszy, iż miała twarz podwiązaną chustką.

– Fluksya.

– Może posłać po doktora, albo do apteki po terpentynę? – doradził, nie patrząc na nią.

– Terpentyna nic tu nie pomoże – uśmiechnęła się (p. Michał był wysoce niepraktyczny), boleśnie wykrzywiając usta i oczy jej zapaliły się blaskiem - - przejdzie. Dobre kalafiory?

– Dobre.

Nastąpiła cisza. Staroświecki zegar szemrał długim, mosiężnym, z szerokim u końca kołem, w którym świecił płomyk lampy, wahadłem, psy, spuszczone z łańcucha ujadały na podwórzu.

Pan Michał nerwowo nie znosił szczekania i w zasadzie nie zgadzał się na trzymanie złych psów (jeszcze onegdaj poszarpały włościankę Bogu ducha winną, przypomniało mu się) i podskoczył na krześle.

– Poco te psy? – mruknął.

- Bo taniej kosztują niż stróże - odparła łagodnie i nieśmiało

– okolica pełna złodziei.

I chciała jeszcze coś dodać, ale wstrzymała się. Na jej dobrotliwej, zwiędłej, ale ładnej jeszcze twarzy, zwłaszcza gdy oczy jaśniały blaskiem, przesunął się cień cierpienia, może lizycznego z powodu fluksyi, podparła głowę zaniedbaną, spracowaną ręką i nie zdejmowała uważnego czy troskliwego wzroku z pana Michała.

W inne wieczory, brała robotę i słuchała chciwie, jak opowiadał jej coś z gazet, nie zawsze i nie wszystko rozumiejąc, zwłaszcza, jeśli unosił się, albo sama mówiła mu o swoich drobnych, powszednich, przykrych może, ale mimo to miłych kłopotach dnia. 1)ziś bała się.

- - Dlaczego to pan Paweł nie został na noc? odezwała się, nie mogąc stłumić chęci do gawędy i ciekawości.

– Nie mógł.

–- A Skibowski, czy poradzi sobie po tych pożarach? Nie daj Boże! – westchnęła.

– Trzeba coś obmyśleć.

Nie probując już dalej zawiązać rozmowy, wstała i szepnąwszy dobranoc, wysunęła się z pokoju. Gdy wychodziła miała już zgaszone, stroskane oczy i zmęczony wyraz.

Pan Michał rad był, iż zostawiła go w samotności. Wodził spojrzeniem za pobłyskującym, szemrzącym wahadłem – myslał. Smutne i gorzkie myśli trapiły mu duszę... Tyle już wieczorów spędził przy tej lampie, przy szemraniu tego zegara, w tej głuszy... | zelm

było takie życie? Służył idei? Służył sobie samemu, to jest zajadał szczęście, niby pożywną potrawę. Więc co było w tem życiu? Dlaczego z wysoka spogląda na innych ludzi, na ich zabiegi, urojenia, złudzenia i kłamstwa? Jakie ma do tego prawa? Nie byłożby lepiej choć drobną jaką rzecz sklecić pracowitemi palcami i zostawić po sobie? Smiał się zwykle cicho, szyderczo, boleśnie. Co potem śmiechu? Szczycił się i szczyci się, iż nie podupadł, że nie wytuczył się w nim filister, a kto wie czy dzięki tym właśnie filistrom nie trzyma się życie? Oto filistrzy w tych stronach zakładają jakieś kółka i towarzystwa, dźwigają majątki, może dźwigają kraj. Paweł. Ale onby nie potrafił! Na rzęsach jeszcze wisi mu ta łza. Pamięta dwa sny, jeden cichy, sen serca, drugi ogromny, sen krwawy. Nie może! Niech inni za siebie i za niego. Nie nauczył się nowych prawd., A zresztą może zanadto spojrzał aż do dna, zanadto w dal wypuścił wzrok. Bo dokoła jest egoizm, obłudny frazes i groszoróbstwo, ubrane w szaty kurulne i cynizm użycia, a z innej strony wieje wiatr i nowe lądy wyłoniły się u schyłku stulecia. Na tych lądach setki rąk kładą cegły. Więc wierzy..

Światło zapałki, wyszukanej poomacku w sypialni, oświeciło mu, jak codzień od tylu już lat, te same znane przedmioty: dywanik kanwowy z dużym psem białym w czarne łaty nad łóżkiem (robota pani Tekli) poduszkę i koszulę nocną, symetrycznie na niej rozpostartą zawsze w ten sam sposób (przez panią Teklę), stolik, książkę, przełożoną nożem (przez panią Teklę) w miejscu, gdzie zatrzymał się wilią, pled, którym okrywał nogi, zawsze lodowate. Ale rewolweru nie było. Spostrzegł to odrazu. Zapaliwszy świecę, przeszukał raz jeszcze na stoliku, pod łóżkiem, pod poduszką, wszędzie. Chwycił go niepojęty strach, przeczucie dziwaczne i bezpodstawne, śmieszne, i nie mógł nad niem zapanować. Zdało mu się, że zaraz będzie nieszczęście. Zarysowały się przesłanki rzekomo pewne, snuły się wnioski, śmieszne przypuszczenie przybrało rozmiary olbrzymie... Pobiegł do pani Tekli.

Czuwała jeszcze. Przy stole z prostą lampą bez klosza, a w papierowym ciemniku, z maszyną do szycia, z kwiatami w szklance, Bogu ducha winna, haftowała, szybko, pracowicie połyskując igłą.

– Gdzie rewolwer? – zapytał gwałtownie.

– Rewolwer?–odrzekła spokojnie (.z udanym spokojem"–myślał) podnosząc zmęczone robotą spojrzenie – koło łóżka, na stoliku.

– Niema.

Może spadł.

– Właśnie że nie, przetrząsłem wszystko.

Nie pytała dalej. I znowu wydało mu się podejrzanem, że drobiazgowo porządna, dbała o każdą najmniejszą rzecz, tak obojętnie przyjęła tę wiadomość.

– Nie brałaś go?

–– Ja? A po co?..

Dziwaczne, bezpodstawne, nieprawdopodobne, śmieszne przypilszczenie tkwiło w znerwowanym mózgu już jako pewnik niezbity i nie wiedział, co czynić Dziś, w nocy, za godzinę, skoro tylko odejdzie stąd-–ona odbierze sobie życie. I)obre, litościwe serce wymawiało mu gorzko. Deptał po niej, po jej miłości własnej i godności hrzez całe życie, przyjął ofiary największych poświęceń i nie dał jej nic w zamian, chyba złe humory, w których odwraca się do niej plecami.

Przebiegł kilka razy po pokoju.

– Może schowałaś? mów prawdę –– prosił, stojąc koło niej.

– Ależ nie! Mówiłam, że nie – zaprzeczyła apatycznie.

– Niepokoję się – urwał i dalej mierzył pokój nerwowemi krokami.

Pani Tekla pochyliła się nad robotą, westchnęła, i znowu pracowała. Igła migała szybko w jej wprawnych palcach.

[ocr errors]

To dla mnie? – zapytał jeszcze,

Skinęła głową.

Tak – myślał, przetrzymując jej szorstką, opaloną, spracowaną rękę – przez tyle lat te ręce krzątały się, uwijały się, trudziły się koło niego i dla niego. Pamiętał tę twarz i te ręce, gdy były młode i świeże... Była piękną. Postarzała się przy nim, z nim i dla niego. Dla niego, przez niego są te zmarszczki i fałdy, nakłócia na palcach, srebrne pasma we włosach. Tyle lat!... I zawsze wierna, pokorna, pełna kochania, pracowita. \ on! co jej dał w zamian?

– Był list od Tadzia – rzekła cicho.

-:- ('óż ou pisze?

Koń 'zy egzaminy i prędko przyjedzie.

[graphic]
« PoprzedniaDalej »