Obrazy na stronie
PDF

Przez sam środek jej świetlistego rozłogu, kurytarzem olszowym, wiła się rzeczka; w znacznych odstępach dosychały wywrócone kopce siana, kładąc na jasne tło trawy mętne plamy, rzekłbyś jakiegoś Wzbałwanionego rozlewu, napełniając powietrze wonią niewysłowioną, wonią siana. Nie wybierając wybrednie miejsca, usiedli gdzieś najbliżej W zaciszu i w cieniu, nad wodą. – Warto było iść aż tutaj! – rzekł pan Michał i rozciągnął się na Wznak. – Warto – znużonym głosem potwierdził Paweł. I dosyć długo odpoczywali, nie mówiąc nic. Pachło Więdnące siano i zdawało się, że to pachnie żar słońca: szeptały zaledwie widocznem drżeniem liście wierzby i olchy, ciemne i brzydkie, toczone robactwem liście olchowe, lśniące, długie liście Wierzby, gwarzyła gwarem niestrudzonym, gwarem płynnym rzekaPaweł Wodził okiem to po grubym, krzywym, dziuplastym, szarym, pociągniętym delikatnym, złotawym meszkiem pniu wierzbiny, to po szybkim, zwierciadlanym nurcie, po którym chyżo ślizgały się wodne pająki, ogarnięty nieświadomym a zwykłym w dnie letnie i nad uciekającą rzeką uczuciem, że nie odejdzie stąd nigdy, że niechby tak godzina po godzinie, rok po roku upłynęło mu tutaj razem z uciekającą Wodą życie. • – Boże! jak pachnie siano... i ten szmer nurtul. Czujesz i szłyszysz, Pawełku? – cicho odezwał się pan Michał. – Dobrze jest – krótko odparł Paweł. – Dobrze, dobrze. – powtórzył stryj – i źle, sam nie wiem, dla czego, ale i źle. I budziły się w nim, zbudzone wonią siana, wspomnienia daWnych, zaświatowych prawie lat, które tak przeszły, tak przeszły... Wspomnienia młodości, wspomnienia wspomnień, wspomnienia marzeń i same marzenia, wspomnienia tęsknot i same tęsknoty. Chodził niegdyś po łąkach, po takich samych wonnych, upalnych łąkach, młody, zakochany w sobie, rozkochany w życiu, które było jak łąka – i co? Co teraz? Wszystko minęło, on sam jest jak suche drzewo na moczarach. a łąki już niema, łąki życia. Została tylko woń, Boże, ta woń niewysłowiona!.. – Człowiek jest szczęśliwy jedynie wówczas, gdy jest zakochany w sobie, gdy może być zakochanym w sobie – przemówił. – Stryju! – zaprzeczył Paweł. – Tak. Obu, nawet i Pawłowi, nie chciało się rozumować.

[graphic]

A gwar wody i woń siana łączyły się w jeden czar i płynęły p. Michałowi wciąż w duszy, w samem sercu duszy melodyą przedziwną, słodką i bolesną, melodyą bez treści, melodyą, która była jak widmo, jak mara, jak cień jakiejś melodyi, przebrzmiałej oddawna, oddawna. Gdzie on jej słuchał? kiedy? czy słuchał? Może to były sny, to wszystko, tam, na łące życia? Och, nie sen!. I wraca ten wielki, ten jedyny sen życia, ten pogrzebany sen... Brała go coraz większa ochota mówienia. – Wspominasz? – zapytał nagle Pawła (nie patrzał mu dziś zupełnie w oczy) – lubisz wspominać? Spoglądasz w przeszłość? Żałujesz? Odzywa się w tobie niezmierny żal za tem, co było, i jeszcze większy za tem, czego nie było, co mogło być? – Nie wiem, stryju. – Prawda, młody jesteś... prawda! –– zamyślił się. – Spokojne jego oczy tonęły spojrzeniem we własnej duszy. – Nie zazdroszczę ci – mówił po chwili powoli i jakby do siebie – myślisz może, iż ci zazdroszczę. Ale tak nie jest. Nie potrafiłbym zacząć od nowa. Nie udźwignąłbym! Tylko tego żal, co było, tego, że nie było, że nic nie było... – zamyślił się. – Wolałbym nie przychodzić tu z tobą – dodał cicho – bo mnie rozbiera. A w takich chwilach mówię za wiele. otwieram serce, tak, dosłownie otwieram serce. Jeśli chcesz, nachyl się i patrz... I podniósł na bratanka swoje spokojne, czyste, dziwne oczy, w których świeciła dusza. – Stryj nie należy do ludzi szczęśliwych – rzekł Paweł, strząsnąwszy z siebie ociężałość, trochę zaciekawiony. – Mylisz się – powoli zaprzeczył pan Michał, goniąc wzrokiem za mknącym nurtem – mylisz się!. Wam się wydaje, że jak kto nie jest prezesem, nie ma żony, córek na wydaniu i synów inżynierów, że już nie może być szczęśliwym. Jeżeli i ty tak mierzysz szczęście?.. Tak, nie mam ani żony, ani córek, ani stanowiska. Każdy człowiek, zapytany od siebie samego, czem jest, znajdzie odpowiedź - ja nie. Bo i czemże ja jestem? Niczem. – Otóż tu właśnie zaczyna się nieszczęście – mądrze wstawił Paweł. Pan Michał nie odpowiedzial. Zerwał kilka liści, cisnął je na wodę, ścigał ich bieg – dumał. Potem mówił dalej, wciąż jakby do siebie. – Szczęście jest jedno, tak, jak serce jest jedno, i szczęście jest : jak wzrok. Człowiek ślepy nie widzi i w najjaśniejszy dzień. Wszyscy dokoła niego widzą –- on nie. A tam, gdzie dla ślepych jest mrok. oczy zdrowe patrzą w jasność. Prawda? Wasze zaś stanowiska, urzędy, prace – to wszystko zewnętrzne, tak, zewnętrzne. Jedna chwila szczęścia wystarcza nieraz na całe życie. Nieszczęście przychodzi i trawi, ale i ogrom niedoli, to ogrom szczęścia. Im większa rzeka, tem większe są te góry, z których ona płynie, w których bierze początek. Lepiej mieć i tęsknić, niż nigdy nie zaznać. Zawsze trzeba dążyć naprzód – odezwał się Paweł. – Mnie było danem potrzymać w dłoniach – cicho opowiadał : stryj, nie dosłyszawszy nawet uwagi bratanka – na jedną chwilę, tak, jak, zdaje mi się, świętemu Antoniemu, Boże Dziecię; bluźnię, ale to porównanie ciśnie mi się na usta, takie szczęście, iż już niczego temi rękami dotknąć nie mogłem, nigdy i niczego, i ta chwila wystarczyła mi na cały żywot, na wszystkie lata, na wieczność. A Wybyście chcieli. Zakrył twarz w dłoniach i mówił znowu cicho, bez intonacyi, Wpatrzony w przestrzeń. Kochałem. Nie pytaj mnie nigdy, kto ona była, kiedy to było i gdzie... Nie wiem, nie pamiętam, sam nie myślę o tem nigdy. Sam z sobą nigdy o tem nie mówię... Po co?. Było i był można mówić o tem, co znika, o sukni, która się znasza, o drzewie, które spróchnialo, może o gwiazdach, które zgasły, jeżeli są takie... Ja wiem, że tamto jest, że tamto trwa i trwać będzie nigdy nieprzerwane, Wiekuiście żywe. Wiem tak samo, jak wiem, że ja istnieję, że zawsze istnieć będę W nieśmiertelności Boga. Urwał i znowu zasłonił sobie oczy dłonią. – Poznałem ją – zaczął po chwili – jak zwykle i wszędzie na świecie, może na jakimś balu, może w ogrodzie, nie wiem, nie pamiętam. widywałem rzadko i krótko... – urwał – Ale po co to? Po co ja to wspominam!. Widywałem rzadko i krótko, ale dosyć, żeby promień jej ducha padł na mnie, żebym się ukorzył przed nią, żebym ukląkł i czcił... Miłowałem ją... nie kochałem nigdy ani przez chwilę... miłowałem. – głos mu się łamał i drżał – szedłem za nią, byłem przy niej jak cień i wiem, że nigdy już i nigdzie, chyba tam znowu, nie powtórzy się szczęście tych chwil... Ona może nie wiedziała nawet... tak, nie wiedziała, bo nie po ludzku, nie po ludzku. Ile było tych chwil! – I począł rwać, nie wiadomo dlaczego, trzęsącemi się palcami zioła i cisnął je sobie do warg. Jak biały sen w białym, zaczarowanym lesie, jakby marzenie szczęścia, które marzy, na łące słonecznej, jak gdyby na gwiazdach... To się skończyło według Waszego ludzkiego rozumienia. – W wagonie z zielonemi kanapami widziałem ją po raz ostatni. Pociąg odchodził z Wielkiego dworca najpierwszej stolicy, gwizdały lokomotywy, słały się dymy, skry. Był świt, różowa zorza,

[graphic]

jak brama nadziei i jasności, płonęła nad miastem, pomiędzy chmurami, na toni blado-zielonej, łkała gwiazda. I nie widziałem jej więcej. Nie pytaj mnie dlaczego, jakie spadło nieszczęście, bo nie wiem, bo nie chcę pamiętać, bo nigdy sam z sobą o tem nie mówię. Po co? O takie rzeczy pytają tylko ci, którym doczesne oczy przytłacza piasek ziemi. – Nie pytam, nie mówię, nie myślę, nie pamiętam – powtarzał gwałtownym szeptem – nie wiem! tylko nie pojmuję, tylko pojąć nie mogę, czemu Bóg nie chciał, żeby świeciła przez życie?.. I jakby zabrakło mu tchu, przestał mówić. I z jedną ręką na oczach, drugą cisnął do ust pachnące zioła. Po chwili dodał jeszcze. A wiem, że takie duchy schodzą na dolinę życia po to, żeby zajaśniała tu miłość Boża, żeby nad nocą niedoli i złego promieniały gwiazdy obietnic, żeby słodziej było dźwigać brzemię aż do wyzwolenia... I uwierzyłem. Nie stałem się lepszym, grzeszyłem, upadałem, upadam, ale duszę swoją na całą wieczność oddałem jej, a ona kiedyś może, kiedyś, złoży ją na łonie Boga. Oddałem jej duszę, nie odebrałem. Nie dokończył. Odwrócił się od Pawła i nizko pochylił głowę. Rzeka gwarzyła, nad łąką drgało skwarne, słoneczne powietrze, po skoszonej, kolącej trawie pstrzykały koniki polne, pachło siano.. Pan Michał nie widział i nie słyszał nic. Z przed oczu zniknął mu ten, zalany wesołą jasnością, upalny, zielony świat i śniąca dusza grążyła się coraz głębiej w nurcie letejskim, w błękitnym nurcie zapomnienia. I szła na tamten brzeg; na błonie świetlane, i wyzwolona, chyliła się cicho, klękała miłośnie przed zjawą promienną, jaśniała. Potem otrzeźwiał. – Pawle, nie jesteś jeszcze głodny? – zapytał, ciągle unikając wzroku jego. – Nie – skłamał Paweł. – To zostańmy tu jeszcze długo – poprosił. I blady wciąż, patrzał w rzekę, która gwarzyła, biegła, płynęła, przelewała w słońcu zlote, migotliwe paciorki. Paweł, porwany w pierwszej chwili wewnętrznem, tajemniczem drżeniem opowieści, teraz rozpatrywał ją po swojemu. I nie rozumiał stryja. Te wynurzenia, rzucone z takim gwałtem pamięci i serca, nazwałby majaczeniem wyobraźni, marzeniem, chorobliwie wypieszczonem, egzaltacyą... złamane życie! Byłże to powód istotny i ważny? Zresztą, człowiek silny i dzielny nie daje się złamać... A stryj nawet jakby się szczycił tem, że przetęsknił życie, że błąkał się bez czynnie, że nie zaprzągł się do żadnej pracy!. Jakąż korzyść przyniósł społeczeństwu tem, że siedział w swoich Nowinach trzydzieści lat z tą damą? Zbierał graty, tęsknił i marzył... To nie wystarcza. Bo zanim nadejdzie ta zaświatowa wieczność, do której on się wyrywa, trzeba tu na ziemi zdobywać i dążyć, i kroczyć w niezmordowanym trudzie. Tak. Wieczność?.. Paweł, pochłonięty zdobywaniem, nigdy ani jej, ani związanych z nią zagadnień nie zgłębiał. Myślał o wieczności tyle, ile chłop na przednówku, gdy nie ma czem przekarmić krowy, myśli o dalekiej stolicy. Może i jest kędyś, ale daleko. Nie widział jej nigdy... czy zobaczy?.. Mimo, że badawczy i sumienny w każdej sprawie, Paweł wiarę stracił łatwo. Nie wiedział nawet kiedy i jak. Zapewne nie wpojona a zaszczepiona powierzchownie, skruszyła się w nim, gdy tylko poszedł w świat. Matkę stracił dzieckiem i nikt go nie żegnał znakiem krzyża przed drogą, nikt się za niego i przy nim nie modlił. Potem były książki, które porywał chciwie w dwu ostatnich klasach, potem uniwersytet, socyologia, antropologia, antropometrya. Wierzył w naukę, wyhodował w sobie ideał społeczny, ambicya gromkiem wołaniem zagrzewała do czynu, droga życiowa jeżyła się trudnościami -żył. Ale w epoce studyów ekonomicznych, gdy przeraziły go zdobycze skrajnych stronnictw, doszedł do przekonania, iż zanik uczuć religijnych w masach grozi poważnem niebezpieczeństwem ustrojowi, zrozumiał znaczenie Kościoła, jako instytucyi, i zaciągnął się do jego szeregów, jako polityczny stronnik. Dalej wszakże nie posunął się i teraz, gdy myśl trąciła o wieczność, popadł W leniwą apatyę. Było gorąco, dolegał głód. – Może pójdziemy już, stryju?.. Za chwilę. – Chciałbym przed wieczorem dojechać do Kamieńczyc. Dobrze... zaraz... – ustąpił stryj.

Ale jeszcze długa chwila upłynęła, zanim p. Michał wstał i nie mówiąc nic, Wolnym, zamyślonym krokiem ruszył do domu.

[graphic]
« PoprzedniaDalej »