Obrazy na stronie
PDF

naszego wstrząsa, zakłóca i targa, eo ipso za piekność, za poezyą, słowem za przedmiot godny współczucia poety. Nie zdając sobie sprawy ani z pobudek ani też z godeł, w imieniu których jedynie wolno jest w danej chwili wyzywać do walki ten ład normalny, na zbudowanie którego składały się pokolenia, narody, wieki całe trudu, cierpień i ofiar, poświęcał on pióro swoje najczęściej i najchętniej takimto właśnie walkom rozpacznym, bez względu czy je wszczynają siły do tego upoważnione, czy też raczéj grzeszna i zbłąkana tylko niemoc duchowa, w złudne przyodziana pozory bohaterstwa i poświęcenia, I oto właśnie, w czém się pomylił, w czém się rozminął nie tylko z duchem poprzedniej poezyi naszéj, ale i z instynktem lepszéj części społeczeństwa narodowego.

Nie tylko w tej młodzieńczej życia jego epoce. ale i później dążność ta , choć potem nieco złagodzona, nieraz się przebija w jego pismach. Nawet kiedy pracował nad Królem-Duchem, ostatniém swojém dziełem, widzimy go stojącego twardo przy takiem przekonaniu. Oto je w tym poemacie wręcz wypowiada w następujących wierszach, które tém chętniej tu przytaczam, że nie mogły one znaleść pomieszczenia w drukowanym kontexcie tego utworu z powodu, iż były rzucone luźnie gdzieś na. brzegu jednej z kart manuskryptu.

„Ujrzałem wtenczas straszną tajemnicę, wii

Ze duchy wszystkie lecą tam, gdzie boje, Gdzie się trzaskają serca i przyłbice ; i... A z miejsc, gdzie ducha sen ma łoże swoje, u

[blocks in formation]

Uchodzą: dziwna w pośmiertnych różnica

Z tymi, co wieczne tu marzą pokoje
I chcieliby mieć świat opasły, zdrowy -

Piekielni, z których drwi anioł globowy!

[ocr errors]

Nie podlega wątpliwości, że w tych strofach jest wiele prawdy. Spokój, sen ducha, nieczynność – to martwość. Bój, ruch, prąd naprzód — to przyrodzone prawo duchowe. Ale gdy. by to zdanie Słowackiego postawić w jego sposobie na czele wszelkich prawd innych i zrobić zen regulatora postępków dla wszystkich ludzi: W coby się to wtedy zapiieniła ta ziemia nasza i życie na niej?

Ale to jeszcze nie wszystko. Na tém tle wyobrażeń, stanowiących u Słowackiego przez cały jego zawód to co nazywamy pospolicie filozofią poety, daje się widzieć w młodzieńczych jego latach jeszcze jedna doktryna, a dzieła jego z roku 1832 są prawie wszystkie właśnie manifestacyą takowéj. Słowacki przypuszczał dwie niejako natury ludzkie. Zwyczajny ogół – mniejsza o to, czy z głów koronowanych, czy z nędzarzy złożony – to gawiedź, to „tłum“. Po za tym tłumem zdarzają się, wprawdzie rzadko i wyjątkowo, ludzie całém niebem różni od zwyczajnych kreatur ludzkich. Są to wedle poety duchy wyższe, jakby przez przypadek tylko i nieporozumienie przysłane

na ten nasz padoł. Czy to są istoty dobroczynne dla rodzaju ludzkiego? Czy oni odsłaniają tu bliźnim swoim lepsze drogi żywota ? Czy zostawiają po sobie w czynach, w śladach lepiej przepędzonego życia, wdzięczną pamięć po sobie ? — Bynajmniéj! Nasz autor pojmuje tę ich wyższość, tę ich demoniczną wielkość, w zupełnie przeciwny sposób. Są to duchy, z którymi on wprawdzie sympatyzuje całém sercem i až za nadto, które jednakże mimo tego i same są najnieszczęśliwsze i dla drugich złowrogie. Między warunkami ich szczęścia, a tém co świat zwyczajny poczytuje sobie za szczęście, nie ma żadnéj wspólności. Co ludzi cieszy, dla nich jest niczém; co ludzi zaprząta i zaspakaja, ich nudzi; a czego oni pragną, to przy tych okolicznościach, jakie są, wcale nie może być osiągniętém na ziemi. Są to więc otchłanie uczuć gorejących, góry woli, trawiącej się w sobie; są to tytany: ale postawione po za wszelkim stosunkiem ze światem i z tém, co na nim jest. Wielkości takie nazwałaby matematyka nie obliczonymi, niewymiernym i wielkościami (irrationales , incommensurabiles). Ich życie między resztą rodu ludzkiego – jest to zdaniem autora, jedno pasmo cierpień, zawodów, jeków, krzywd, zbrodni, przekleństw i wszelkiego rodzaju rozdźwięków. Jest jakby jakiś wiszący nad ich głowami fatalizm, który wszelkiéj ich styczności z ludźmi taki zawsze nadaje obrot, że oni sami celu swego nie osięgając, niweczą wszystkie warunki spokoju i szczęścia drugich. To też marzą oni ciągle o samobójstwie, narzekają na przesyt życia, celu żadnego przed oczyma nie mają, nic ich nie wiąże do

świata, gardzą ludźmi, nienawidzą wszystkiego, na czém świat stoi: i narobiwszy zamętu i klęsk na całéj drodze swego żywota, przeklinani, przekli-, nając, kończą marnie jako niby ofiary przewrotności świata i zwyczajnéj natury ludzkiej. – Do tegoto typu odnieść należy i Araba i Mnicha i Mindowę i Bieleckiego i Żmiję i Botwela w Maryi Stuart. Tak rozmiłowany był nasz autor w idea- . łach tego rodzaju, że ciągle więc jednego człowieka w dziełach swoich wprowadza , pod zmienioném tylko zawsze nazwiskiem! Wielka musiała być w nim wtedy gorycz dla ludzi, kiedy ten temat mizantropii i zwątpienia nie ustępował mu z oczu!

Rzecz oczywista, że tego rodzaju doktryna, pozbawiona wszelkiej podstawy, nie mogła trafić do przekonania powszechnego, kiedy się ukazaly te pierwsze tomy Poezyi Słowackiego. Ogół nie mógł wcale rozumieć, o co autorowi chodzi? Dzieła poprzednich poetów były im zrozumiałe, bo tchnęły miłością ku ludziom. Społeczeństwo polskie jest z natury dobroduszne, optymistyczne. Nieraz ono aż zbyt daleko się posuwa, spodziewając się wszystkiego, co dobre; wierząc w dobrą wolę wszystkich; kochając to co swoje, co ludzkie – nawet z błędami! W tém się więc aż do owego czasu dążność poezyi, która pragnęła podnieść ludzi, ale ich wzgardą nie odtrącała , z usposobieniem społeczności naszej spotykała na jednéj drodze. Punkt wyjścia Słowackiego wcale nie był z takich przypuszczeń. Miłość ludzi, jakimi oni są stworzeni, nie należała wcale do jego przymiotów. Stawiał jako ideały, jako bohatery w swoich dziełach takie natury, które (choćby ubocznie) dowodzić miały,

jakie to życie jest nędzne, a my sami jacy maluczcy i podli! Choćby to była i prawda : - to i jakiż skutek być może takich dowodzeń ? Uderzać na błędy, na głupstwa ludzkie... rozumiem. Ale cóż pomoże utyskiwać nad naturą człowieka ? My tego nie odmienimy! Wyrzekać na to – jest to tosamo, jak kiedyby kto wyrzekał, że w styczniu jest bardzo zimno, a w lipcu znowu zbyt gorąco.I społeczeństwo nasze wie o tém, że bywają pomiędzy ludźmi natury wyjątkowe, że się zdarzają czasem duchy potęgi i zdolności większéj, aniżeli zwyczajna. Ale wystawiamy sobie stosunek onych do reszty ludzi zupełnie inaczej. Prawdziwie wielki człowiek – to chluba wieku, to największy dar boży, jakiego dostępują narody, to dobroczyńca społeczności, która go ma...

Przejdźmy teraz do szczegółów i rozpatrzmy się bliżej w tém wszystkiem, co w sobie mieściły tomy wydane roku 1832. Nasamprzód wypada oznaczyć koléj rzeczy w nich objętych, nie podług tego jak je autor uporządkował w wydaniu, gdyż to nie dowodzi niczego, ale podług czasu, w którym nad každém dziełem pracował. Miałem przed sobą podręczny Słowackiego exemplarz obu tomów. Są w nim zapisane ołówkiem, własną jego ręką, notatki dające o tem wiadomość, kiedy i gdzie co było pisane. Można zatém z autentyczną pewnością ustanowić porządek chronologiczny utworów, o których mowa. Był on następujący:

Hugo był pisany w Warszawie, 1829 roku, w sierpniu.

« PoprzedniaDalej »