Obrazy na stronie
PDF

cającém obrobieniu szczegółów. Przedmiot Katarzyny, jest przedmiotem wszystkich niemal pieśni ludowych na kuli ziemskiej. Dziewczyna uwiedziona przez kochanka, który ją niby czasowo tylko odjechał, zabrawszy dziecię, udaje się w świat, szukać młodzieńca, względem obietnic którego chowa w sercu wszelkie złudzenia miłości. U kresu czeka ją zawód krwawy, ot i wszystko. Ale proszę czytać całą tę łzawą odysseje tułania się nieszczęSliwej, wyprawionéj z rodzinnéj chaty przez rodziców, idącéj bezpowrotnie w świat szeroki, o chłodzie, głodzie, modlitwie u krzyża, groszu nie żebranym a jednak przyjmowanym z potrzeby; nie mającéj już innego poparcia na świecie prócz wątłéj nadziei, innéj osłody w swej nędzy prócz pieszczoty jedynaka, rozbijającej się co krok o prozę życia, zwyczajny bieg rzeczy ziemkich, nieubłagane prawa natury. Nie ma tam żadnych jaskrawych effektów, wszystko zwyczajne, codzienne, powszednie.. ale ta głęboka fizyologia nieubłaganéj konieczności, snującej się naturalnym biegiem wypadków, niby wątek z kłębka stanowiącego winę, jest cała nieustającym, pełnym wrażeń, effektem.

Pod każdym względem jednak, wyżej jeszcze nad Katarzynę stawiamy drugi poemacik, noszący napis Najemnica. Nie jestto już więcej nagie tylko studyum z natury. Autor raz się wpatrzywszy pilnie w tę smutną stronę życia nazywającą się upadkiem, zrobił krok daléj, krok godny myśliciela, spróbował poszukać ideału i potrafił dopatrzyć szczęścia w nieszczęściu samém, jakby

słodkiego owocu w twardéj, cierniowej łupinie. Zawsze to niby - jeszcze ta sama Katarzyna, tylko w innych całkiem warunkach.

O ile tamta jest sobie zwyczajną, codzienną kobietą, upędzającą, się tylko za niedościgłém nigdy widziadłem dalszego ciągu rozpoczętego, ziemskiego szczęścia; o tyle Najemnica, od pierwszéj zaraz chwili staje nam przed oczy godna podziwu, piękna, wzniosła, z góry, że tak powiem, rozgrzeszona, słodką swoją rezygnacyą i poczuciem macierzyńskich obowiązków. W przedśpiewie spotykamy znowu to nigdy nie dość wyśpiewane widmo sieroty na szerokim świecie z dziecięciem u wyschłéj piersi. Wypłakała już oczy, wymodliła niemal duszę z siebie, już dalej nie może. Zbliża się śmierć, to nic, to koniec walki, ale dziecię, dziecię, kto przygarnie jéj dziecię? kto mu zastąpi pieszczotę matczyną?...Zdawien dawna na futorze niejakim mieszkał sobie dziad z babą. Kochali się jak gołąbki życie całe, szczęścił im Pan Bóg we wszystkiém, ale cóż? kiedy nie dał dzieci. Raz w niedzielę siedzą, i właśnie wyrzekają z tej przyczyny; aż tu znagła kwili coś za płotem... Bóg dobry wysłuchał dobrych ludzi.

Już w założeniu tém chwytamy wątek myśli przewodniczącej poecie. Grzech opłakany gorzko, wychodzi na pociechę i błogosławieństwo, jeśli nie grzesznicy saméj, tedy przynajmniej ludziom dobréj woli, za zapłatę poczciwego życia.'

W czas jakiś potém zjawia się dziewczyna do służby:-Dajcie co chcecie, a ja się was nie puszczę.—Zgadujemy łatwo, że to matka dziecięcia. Bóg nie dał jej umrzeć przedwcześnie, bo postanowił za życia jeszcze grzesznicy, błąd przebaczyć. W tém miejscu dotykamy samego rdzenia powieści. Tu rozpoczyna się cicha, nieznana nikomu historya anielskiego zaparcia się siebie, nieustannéj pokuty, ukradkowego szczęścia połykanego ze łzami, rzadkich pociech spowiadanych tylko Bogu, przystępów macierzyńskiéj dumy poskramianych pokorą, drobnych zazdrości chodzących w zapasy z wyrzeczeniem się wszelkiego prawa do 'imienia matki.

Tymczasem umiera dziadowi stara jego połowa; ale za to chłopak wyrasta mu na pociechę. Ażci czasby go już i postanowić. Przyszli swatowie, uradzili dzień ślubu, wszystko jak z płatka, tylko dziad się zadumał. Kto tu jemu matką będzie? Słyszy to najemnica i serce pęka jéj z bólu. Nie dość na tém. Stary prosi i Marko prosi, żeby to ona matkowała na weselu. Nie wytrzymała biedna kobieta. Jak tu razem i tracić go dla innéj i matkę mu jeszcze udawać? Wyprosiła się na wszystkie sposoby,' wzięła kij i powędrowała do Kijowa, ofiarować boleści swoje skryte miłosierdziu Bożemu. Tak rok po roku puka do bram nieba, dobrowolnie udręczając sobie duszę swoją tajemnicą. Młoda gospodyni przylgnęła do niéj całém sercem; już dwoje chłopiąt przewala się po piasku przed chatą. Czwartego coś roku poszła jak zwykle; nie ma jéj długo: wreszcie wraca z pośpiechem. – Gdzie Marko?--- pyta odrazu. -- Marko w podróży.-- Co? nie ma go? a tu śmierć przed oczyma.- Ona spieszyła co tchu, żeby jeno nie zamrzeć gdzie w drodze. -- Marko! Marko! wyjrzyjcieno na droge, czy nie wraca? Nie ma go. Cóż będzie? A tu życie ucieka. Może Bóg za karę nie da jéj oglądać więcej tego który był zawsze dla niej krwią serca? Jestto ustęp niewysłowionej prawdy. Czytając go, dusza zamiera w piersi: w jaki též sposób Pan Bóg uwieńczyć raczy to męczeńskie życie grzesznéj kobiety? Czy též dozwoli jéj wreszcie módz wymówić ten błogosławiący wyraz: matka? Dozwolił. Siła modlitwy zatrzymała,

[ocr errors]

życie aż do powrotu upragnionego jedynaka; ale též z tém rozwiązującém wszystko słowein, kończy się nędza ziemska biednej kobiety i oczyszczona grzesznica udaje się po ostateczne przebaczenie przed oblicze Stwórcy.

Jak widzimy, przeprowadza tu autor zadanie moralne nie małéj doniosłości. W tym względzie Katarzynę uważamy niby za próbę pióra do napisania Najemnicy. Zresztą, próżnoby się silić na danie wyobrażenia o prostocie, o wdzięku, o niezrównanéj rzewności, téj tak wysoce dramatycznéj idylli.

Najemnica jest szczytem sławy ukraińskiego wieszcza. Czytając ją, niepodobna prawie uwierzyć, żeby ten sam autor stworzyć mógł Hajdamaków i zarazem rzecz tak wżniośle słodką. Dla tego nie odstępujemy od przekonania naszego co do konwencyonalnéj różnolicowości Szewczenki. Alfons Karr powiedział to dość słusznie, że w człowieku każdym siedzi trzech ludzi całkiem różnych. Ten, którym się jest w istocie, którym się jest dla drugich i którymby się być chciało gdyby možna. Otóż o Szewczence rzecby się godziło, że w pieśniach Kobziarza jest tym, którym był w głębi duszy; w Hajdamakach tym, którym się chciał wydawać; w życiu zaś takim, jakim był rad być, gdyby było podobna...

Resztę zbioru zajniują liryczne ustępy rozmaitéj formy i treści; o ich zaletach mówiliśmy już poprzednio. W ogóle nie ma pomiędzy niemi nic miernego. Do większych rozmiarem należą: Lunatyczka, Topola. Miesza się tu już po trosze rodzaj fantastyczny, tyle będący do twarzy poezyi ukraińskiej.

Sądzimy, że zbytecznémby było mówić cośkolwiek o zale* tach przekładu. Imię Syrokomli aż nadto nas w tym względzie

wyręcza. Zresztą nie znamy oryginału; przeczuwamy jednak, że przekładca mógł go tylko upięknić.

Powieść ostatniego teorbanisty żebraka. Spisał Roman

Szkartupka. Kraków. 1862.

Poemacik ten zalecający się wdzięczną formą, wyjaśnia niby według podań miejscowych, okoliczności śmierci Wacława Rzewuskiego, owego to Emira Tadż Ulfehr, Mickiewiczowskiego Farysa, którego zniknięcie bez śladu po dziś dzień pozostało za

gadką. Trochę on tu nie taki, jakim przywykliśmy go sobie wyobrażać; wszakże mając na uwadze, że autor studyował go z ust ludu, przypuszczamy słuszność po stronie autora. W poemacie nie wiele jest treści, a raczej dosyć jest powszednia: przelotna miłostka kozacza, zazdrosć, i wreszcie zemsta jak łatwo przewidzieć, ot i wszystko; ale podwyższa wartość rzeczy opowiadanie pełne świetnego kolorytu, ruchu i życia. Wiersz wszędzie piękny, płynny, układ szczęśliwy, obrazowanie bardzo naturalne; słowem ze strony sztuki nie ma tam nic do zarzucenia. Rzecz opowiada ukradkiem stary żebrak teorbanista włóczący się po jarmarkach. Co raz to go proszą, więc gada, urywa sobie, znów gada; ażci pokazało się znagła, że gadał niepotrzebnie, bo owszem za dużo. Ot tobie kozacze! Za to též ostatni to już taki, jak stoi na tytule.

W przedmowie do czytelników wyznaje autor, że nie miał dotąd w ręku poezyi Szewczenki. Radzilibyśmy mu rozpocząć od kobziarza. Ale choćby i na resztę natrafił, znajdujemy go dostatecznie przeciw wpływowi Hajdamaków przygotowanym.

ROZMAITOŚCI.

[ocr errors]

Ożyciu i pismach Franciszka Ksawerego hr. Gozdawa

Giżyckiego.

Nereusz Bartłomiej Franciszek Ksawery Giżycki urodził się 26 sierpnia 1786 r. w majętności familijnéj wsi Skowrodki w powiecie starokonstantyńskim, gubernii wołyńskiej, z ojca Tadeusza kasztelana wyszogrodzkiego, generał - adjutanta (przy boku hetm. Branickiego), zmarłego we Lwowie 14 października 1801, i z matki Agnieszki z Rakowskich, zmarłéj w Wiedniu 1817 roku.

Początkowo wychowywał się w domu pod okiem i opieką rodziców, wraz z dwoma rodzonymi braćmi: ś. p. Ludwikiem, starszym, i Janem żyjącym, młodszym; następnie oddany na wychowanie do Warszawy, gdzie po ukończeniu nauk wszechnicznych, wszedł w roku 1807 do bióra byłéj kommissyi żywności Księztwa Warszawskiego, w stopniu sekretarza.

W roku 1808 otrzymawszy żądane uwolnienie od służby, użytym został przez tenże rząd do missyi bezowocnéj w celu odzyskania summ neapolitańskich, po któréj udał się w nową naukową, podróż z panem J. M. z W. do Szwecyi, Norwegii i Islandyi, zapuszczając się aż do siedzib Eskimosów; poczém (w roku następnym) zwiedził góry Miodoborskie i Ukrainę, którąto podróż drukiem ogłosił. Pierwszy ten płód literacki zawdzięcza nasz autor zachęcie towarzysza podróży do Szwecyi, którą we wstępie objawia, i widać że mu ta posłużyła, bo wysnuła z pióra jego więcej trzydziestu pism, które na końcu wyszczególniamy.

Po upływie lat dwóch wstępuje powtórnie, w październiku 1810 roku do bióra byłéj Dyrekcyi żywności Księztwa Warszawskiego w stopniu pierw zajmowanym; lecz i tą razą nie na długo,

« PoprzedniaDalej »