Obrazy na stronie
PDF

odróżniające stanowisko zapatrywania się na zasadę dobrej sławy i ne quid nimis, które to dwie teorye, społeczność dawna, zbyt gorąco biorąca do serca wzory literatury srarożytnéj, usiłowała na wiarę mistrzów wszczepić w warunki udoskonalenia chrześcianskiego, choć w rzeczy były tylko pogańskim stoicyzmem, prowadzącym ostatecznie do egoistycznej apatyi.

Taką jest ta książka, równie ciekawa ze względu ducha swego, jak formy.

: Wyspa czyli Chrystyan i jego towarzysze, poemat Lorda Bajrona w czterech pieśniach. Przekład Adama Pajgerta.

Kraków, 1859 r.

Jestto poemat prawie całkiem jeszcze u nas nie znany. Mniej tu nieco mizantropii jak w innych utworach Bajrona, a przynajmniej nie tyle pogardy dla społecznego porządku, znudzenia życiem i niesmaku do świata, który tak słusznie wytknięto palcem, przyczepiwszy do niego na zawsze nazwę swego twórcy. Są tu nawet karty niezwykle spokojne i zaledwie zlekka tylko sarkastyczne.

Przedmiot poematu stanowi jak zwykle u Bajrona zbrodnia i jej skutki. Wszakże ponurą, te kanwg zahaftowywa całkiem prawie czarowna sielanka miłości i poświęcenia, choć już w samém umieszczeniu jej pośród dzikich, przebija zawsze ponury angielski fantastyk, ze swoją niewiarą do cnot starego świata.

W powrocie z wysp Australskich do Europy, zbuntowała się osada okrętu, zbałamucona czarodziejskiemi ponęty łatwego życia pośród wyśpiarzy tych świeżo odkrytych stref słonecznych. Nie chcąc popełnić nieużytecznego zabójstwa, wsadzono kapitana wraz z garstką wiernych do Łodzi. i powierzono ich falom oceanu nazwanego przez przybyszów Spokojnym, a który jednak niepokój tylko przyniósł jego mieszkańcom. Niejaki Krystyan przewodniczył temu przedsięwzięciu. Poczem wrócono do Otahajty. Torkwil, jeden z towarzyszy Krystyana, poprzednio już zyskał był serce pięknej Neuhy córki wodza wyspy; ma tedy przynajmniej wrócić do czego. Jak na Bajrona, rzeczą to jest dziwną niemało, że nie Torkwilowi przeznaczył rolę główną w swoim drammacie: jedném słowem że nie miłość, zrobił motorem zbrodni. Chcemy w tém widzieć rzadkie ustępstwo z jego strony. Snadź chciał tą razą zostawić zbrodni całą jéj ohydę, w niczem jéj nie upiękniając, choćby nawet tém, na co i surowa moralność bywa niekiedy pobłażliwą: uczuciem oczyszczającém duszę. Torkwil i dzika dziewczyna, odkrywszy połączonemi siły raj ziemski zowiący się wzajemnością, uciekli sobie w świat szczęścia, i chwile przechodzą im jak błyski. Czarowne opisy miejscowości urozmaicają tę tkliwą sielankę, wyglądającą jak oaza pośród burzliwej pustyni braku uczucia, w którą ją rzucił niespokojny duch Bajrona. Jakiś słodki, tęskny spokój, urokiem niewinności powleka ten ustęp, którybyśmy nazwali raczéj główną treścią poematu. Tymczasem, jak powiedzieliśmy, daleko jest do spokojności na oceanie Spokojnym. Pchnięty na pewną zgubę kapitan, nie zginął bynajmniej. Owszem, napotkał jakiś okret, i wraz z jego osadą przybywa ukarać buntowników. Wszczyna się walka. Złoczyńcy giną, jeden po drugim, pędzani na wzór zwierzyny leśnej. Srogi to pomysł, w tym ráju ziemskim, krwi tyle, pasowania się, konania tyle. Ostatni ze wszystkich Krystyan, główny sprawca zbrodni, ranny śmiertelnie, walczy jak lew. Ale nie takiemu to jak on lwem być, lub mieć śmierć bohaterską. Bajron nawet nie ma dla niego współczucia. „Tacy jak on”, powiada:

[ocr errors]

Krystyan drogo sprzedaje resztki życia. Ze szczytu opoki, złamany, z zamglonym już wzrokiem, wprawnemi strzały sprząta napastników. Gdy mu kul niestało, rwie guziki i powierzà im poselstwo śmierci. Gdy mu i prochu niestało, dowleka się do krawędzi skały, i ztamtąd, rzuciwszy się w otchłań, poszarpany w szmaty, przepada w spienionej gardzieli morskiego wiru. Z caHéj dość licznéj zgrai zbrodniarzy jeden Torkwil tylko ocalał. Cóż go zbawiło? czy męztwo? Nie. Męztwo, jak widzieliśmy, przedłużyło tylko konanie Krystyana. Czy ucieczka? Nie. Ta była niepodobną; bo przetrząśnięto najtajniejsze wyspy zakątki. Czy poddanie się dobrowolne? Tego znowu nie znają bohaterowie Bajrona. Oto ocaliła go miłość w postaci ukochanej kobiety. Neuba zdawna posiadała wiadomość o pewnéj jaskini, do któréj jedyny przystęp prowadził przez głębie podmorskie. Tak więc stracono ślad zbiega i odpłynięto do Europy, a Torkwil pozostał przy życiu i szczęściu, wyrzekając się na zawsze ojczyzny dla gwiazdzistych oczu swej kochanki, któréj pozostał dłużny więcej niż siebie.

Najwłaściwszy tedy tytuł poematu jak widzimy, byłby poprostu Wyspa. Dodatek zaś: czyli Krystyan i jego towarzysze, nie da się usprawiedliwić żadną potrzebą. Istotnie bowiem, sama już historya Neuhy i Torkwila, dostatecznie wypełnia rzecz całą; reszta zaś stanowi tylko epizod, przyczepiony zwyczajem Bajrona na to jedynie, żeby bohatér miał być za co prześladowany, i żeby (co za tém idzie) miała przyczynę poświęcić się dla niego kochanka. Odjąwszy jednak ten błąd przeciwko sztuce, rozrywający poniekąd jedność zajęcia, oddać należy sprawiedliwość szczegółom poematu, który śmiało zaliczyć można do lepszych robót Bajrona.

Przekład niezbyt jest szczęśliwy. Sądzimy że puszczono go na świat nieco zawcześnie, nie zawadziłoby. więcej poprawności. Bajrona tłumaczyć nie łatwo. Ma on osobliwszy wdzięk słowa, z przyczyny którego przebaczono mu nawet nie jednę myśl spaczoną. Coś tedy zaniedbać z jego formy, jestto jakby nie dopytać się go do końca, nie dać mu się usprawiedliwić ostatecznie, słowem: jakby iść z nim samym przeciwko niemu.

W każdym razie za zasługę przekładcy liczyć należy dobry wybór przedmiotu, jeżeli już koniecznie przekładać mamy Bajrona, mając tyle rzeczy pilniejszych, a będących zdrowszą szkołą dla umysłu i serca poety.

Kobzarz, Tarasa Szewczenki. 2 Małorossyjskiego spolszczył

Władysław Syrokomla. Wilno. 1863 r.

Pisząc rok temu o przekładzie Hajdamaków, dokonanym przez p. Leonarda Sowińskiego z talentem godnym lepszej sprawy, wypowiedzieliśmy kilka słów naszego przekonania, z okoliczności biografii a raczej apologii Szewczenki, którą przekładca poprzedził był swoją pracę. Pomijając nawet jednostronność stanowiska p. Sowińskiego, w ogóle zdaniem jest naszém: że w indywidualności takiej jak Szewczenko, należałoby jak najmniej dopatrywać człowieka, skoro można w nim widzieć poetę tylko. Być może że Szewczenko i kochał cośkolwiek; wszakże nie ulega wątpliwości, że nienawidził daleko silniéj, że często nie wahał

Tom I. Luty 1863.

[ocr errors]

się maczać pędzla we krwi, szukając wtedy natchnienia po za obrębem wszelkiéj prawdy dziejowéj, a nawet zdrowego rozsądku. W chwili obecnéj stoi on już przed sądem Boga, ale též i przed sądem potomności. O powszednich zmarłych zwyczajem jest mówić aut bene aut nihil; ale o takich co wydali „owoce, po których poznacie je”, rzecz słuszna wypowiadać prawdę na którą zarabiali. Zwłaszcza jeżeli te owoce przedstawia nam kto jako wiedzę dobrego i złego, a drzewo jako godne rozkrzewiać się w raju.'

Ale dość już o Hajdamakach i o ich pochwalnym Peanie.

Nieodżałowanéj pamięci Syrokomla, sercem które tylko kochać umiało, potrafił w Szewczence ocenić raczej piewcę jak człowieka. Miło nam jest z téj sposobności módz powiedzieć coś dobrego o ukraińskim poecie. Bo że był poetą i to pierwszego rzędu, tego nie przyznać mu byłoby więcej jak uprzedzeniem. Dziwnyżto Sfinks ta Ukraina! Wygląda ona jak pryzmatyczny kryształ pierwszej wody, przestrzelony słonecznym promieniem. Ludziom powszednim wypada z niego na ziemię siedm barw tęczy, na które rozłożył w sobie niebios światło, ale tym co umieją patrzeć prosto w słońce, każda z jego ścian zwierciadlanych odbija na sobie osobny obraz, coraz inaczej mówiący do duszy. Malczewski czyta w niej niewysłowiony niepokój serca, podobny do parnéj ciszy przed burzą; Goszczyński ponure widma przeszłości i obrzydliwość spustoszenia; Zaleski widzi ją w czarodziejskich odblaskach piękna i wiekuistéj młodości; Olizarowski śpiewa na tradycyjną nutę ślepego lirnika, siedzącego pod krzyżem u rozdroża. Każdy z tych czterech dźwięków, zlewających się z sobą w jednéj wspólnej harmonii tęsknego rozmarzonego nastroju, zdaje się być osobną struną, niebieskiej arfy, po której przewiewa przeciągłe tchnienie Ducha od Stepu, przelatującego od mogiły do mogiły. Olizarowski zdaje się być najbliższym prawdy miejscowej, może najmniej pomysłowym w znaczeniu twórczości, ale za to najbogatszym w umiejętność odtwo

rzenia. · Wszakże mniemalibyśmy, że w tym względzie, Szewczence wierzyć najwłaściwiej. Sam on wyszedł z łona ludu, z ludem wierzył, czuł, rozumował, ludowi tylko szukał się przypodobać. Po zakroju lirycznym, po mechanizmie wiersza, po tem nieujętém kołysaniu się ducha pomiędzy niebem a ziemią z wyraźném cią. żeniem ku ziemi, po tym dziwnym uroku słowiczéj potrzeby wyśpiewania się z całą niedbałością o wybór przedmiotu, po tych

------ ----

tysiącznych niespodziankach odprowadzających od głównej myśli, na to, żeby powrót tém pożądańszym uczynić; czuje się w każdym utworze Szewczenki ową nieposzlakowaną blizkość źródła, w które z rzadka tylko ściekają męty jego duszy, dręczonej fałszywemi zachcianki źle zrozumianego koryfeizmu.

Pozornie, zawszeto niby ta sama dziewczyna, opuszczona przez kochanka, albo stary dziad teorbanista śpiewający stepowemu wichrowi, bo go już nikt inny nie rozumie, albo sierota roztęskniona widokiem kurhanów i uciekającéj bezpowrotnie fali Dnieprowéj, albo młody kozak nie wiedzący co zrobić z życiem po zdradzie kochanki; wszakże forma wypowiedzenia rzeczy, giętka, ruchliwa, mieniąca się w najrozmaitsze tony, posiadająca niemal pozory wynalazkowości, urozmaicona do najwyższego stopnia, nadaje poezyom Szewczenki piętno oryginalności niezmiernie żywéj i wysoce artystycznej. Toż samo dałoby się powiedzieć i o ustępach treści bohaterskiej, jak Gamaléj, Noc Tarasowa, gdyby nie tak blisko było od nich do Hajdamaków, na których wydaniu bardzo nie dużo zyskała, literatura, a jak najmniéj dobra sława poety. Zresztą, ogólnie, wydaje nam się nawet rodzaj ten najmniej właściwym Szewczence. Gamalėj np. najartystyczniejsza ze wszystkich tych rapsodów robota, celuje wprawdzie ogniem, siłą wyrazu, żywym kolorytem; wszakże i tam jeszcze za dużo nieporządku lirycznego, rozbujania namiętności, a zwłaszcza jakiegoś niemal pogańskiego tonu. Dla tego, powtarzamy, w łagodnym, spokojnym tylko nastroju ducha, należy szukać właściwości ukraińskiego poety. Tam on jedynie bywa sobą, tam poezya jego przedstawia się jako istotna Mùza, kapłanka Piękna, dziewica poślubiona prawdzie.

Z większych utworów w tym rodzaju, zastanowimy się nieco nad Katarzyną i nad Najemnicą. Obudwu przedmiotem jest wina i jej skutki; rozwinięcie jednak całkiem różne. W pierwszéj, grzech zapłacony jest w sposób nieubłagany, ostry, zimny, kamienny, człowieczy powiedzielibyśmy, gdyby nie to, że i zły człowiek, przez którego przychodzi kara, jest tylko wykonawcą woli Božéj. W drugim, sam już Bóg bezpośrednio chłoszcze z iniłosierdziem ojca, karząc męczarnianii duszy za życia, żeby już mogła mieć jakiś rachunek na swoją korzyść, kiedy jéj przyjdzie stanąć przed Jego obliczem. Przypatrzmy się bliżej tym utworom, tak na pozór z jednego zadania. Niewiele w nich treści, jak w ogóle w pomysłach zapożyczonych żywcem od ludu, z życia ludu. Cala zaleta polega na filozoficzném pojęciu rzeczy, i na zachwy

« PoprzedniaDalej »