Obrazy na stronie
PDF

nie widok, na ponure, czarne obrywy plawniowych brzegów, lub w przemiennej swéj panoramie, wynurzając na widok z głębi wód, malownicze wyspy oblamowane széroko żółtym rąbkiem piasczystych odmiałów. Tutaj do. piero rozpoczął się nieskończony howór porannego przyrodzenia: wszystko witało słońce z radośnym śpiewem porannéj modlitwy, lub niesfornym wrzaskiem do dziennych zabierając się trudów i trosk o byt swój doczesny. W tejto zamieszkałej rzeczypospolitej ptasiėj, wszystkie ich stany i rodzaje zbierały się pospołu do ogólnej modlitwy, chwały i narady. Ruch tu niezwyczajny, krzątanie się powszechne i zajęcia rozmaite. Na piasczystych gładkich ławach, czysto rzeczną wodą spłukanych, w zacieniu malowniczych gajów wierzbowych z powisłemi konarami, i nad lustralną przestrzenią szerokich wód wielkiego Borysthenu, siedziały gromadnie, ich pomieszane, różnorodne stada, z pewnemi jednak na ławicy podziałami. Niektóre gatunki ptastwa, nie łącząc się z innemi, osobno wyłączne jakoby dziedziczyły ostrowy, na obce tylko brzegi nieśmiało i jakby przez ciekawość opodal zalatując. Lecz w powszechnych zgromadzeniach, na pierwszym planie figurowały zawsze stare, tłuste baby-urodzone pelicanus onocratalus, niezmiernie poważne, szanowane przez wszystkich i całkowicie w bieli ubrane. Kiedy jedne z nich na wpół senne jeszcze siedziały, drzemiąc obok kilku szarych orłów, przechadzających się niezgrabnie spętanym krokiem, lub z ostrym wrzaskiem drapieżnych tyranów, podskakujących wzajem do siebie; inne tymczasem ocięża. Tym swym lotem przeciągały milczkiem ponad głowami w poprzek wód, nie dając na nikogo: baczenia, lub wreszcie wypłynąwszy już umówną gromadką na łowy, drużnie zająwszy pewne kółko, machały czynnie skrzydłami spędzając w odmiałach ryby do kupy, które potém żarYocznie chwytały. Między białemi babami, mięszały się w najlepszej harmonii, pobratymcze im w łacinie, lecz czarne zupełnie baklany, pelicanus carbo, podobne wielce do indyjskich kaczorów, za któremi v osobném zgromadzeniu spoczywały stada dzikich szarytek gęsi, w blizkiem sąsiedztwie niezmiernie gadatliwych i rozmównych różnoplemiennych kaczek-plotkarek, nikomu spokoju nie dają, cych. Male krasno-nogie kuliki, wielkie na długich szczudlach i z długiemi nosami kulony, malutkie ostro-nose bekasy i kształtne plawno-lotne białe rybitwy, wszystkie zgodnie z sobą siedząc, lub stojąc biesiadowały. Lecz w powietrzu, pod niebem, jakiż to rozlegał się dokoła chaos, jaka muzyka i gra skrzydlatego państwa!.. W rozmaitych punktach przestrzeni, jak szerokie pławnie i ostrowy, jak głos tylko doleciéć może a ucho dosięga, na roze maite tony odzywały się skryte w tajemniczych błotach czujne żurawie, gdy inne przelatując górą ponad wody i lasy, wyciągnąwszy szyje garlanili w powietrzu, wyzywając z nocnego obozowiska, do dalszego w kraje dalekie polotu. Chyżolotne też rybołowy szybując nad wodą, z krzykiem i błyskawicy piorunem uderzały śmiertelnie ryby, wyskakujące chwilkę tylko na powietrzu odetchnąć, lub w nieznany świat im zajrzéć; wrony wrzaskliwe, głu-pie à chytre; baklany milczące; czarne kruki złowrogie, śmierć i rabunek wieszczące, krzyżowały się w powietrzu halasując i szeleszcząc skrzydłami, gdy tymczasem sroczka skrzekotka z chytnym ogonem, przelatując w gościnę z wyspy na wyspę, witała na dobrydzień skrzeczącą též w krzakach radośną swą sąsiadkę. Lecz oto pod niebem wysoko, rozległ się ostry Świst orla, srogiego pana i tyrana tych krain, i wszystko jakby oniemiało na chwilę zgrozą przejęte... milczenie i postrach zaległy piersi zgrozą przejęte, zatamowały tchnienie biednego stworzenia, tylko kruk zuchwały krzaka z urąganiern i grubych nerwów trzy baby senatorki, powoli machając skrzydłami lecą niezachwianie, nisko przeciągając ponad płytem, w wiadomym im tylko kierunku i celu.... Płyt nasz z rozłożoném ogniskiem kłębiąc w górę błękitnym dymem, szedł wśród téj żyjącej przyrody, jakoby. wznosząc ofiarne kadzidła wspólnemu bóstwu, które rogiem obfitości szczodrobliwej swej ręki i skrzydłem świętej swej opieki, wszelki żywios tu osłoniło.

Płynęliśmy wciąż szerokiemi rozlewami wód, rozgałęziającemi się na liczne przecieki między wyspami, niewiedząc czasem właściwego nurtu, którego przytrzymywać się wypadało. Nigdzie nie spotykaliśmy mieszkania ludzkiego, tylko niekiedy stała na brzegu w liściach skry

· ta rybacka jurta, koło której przesuszały się rozwieszone

na kołkach sieci i na sznurach wędziła się drobna ryba przed słońcem. Wkrótce jednak okazała się przed namni na oddalonym brzegu wieś Tarasówku, a rozlegający się w przestworzach głos dalekiego dzwonu, zwiastował nam uroczystość Spisa, patrona dnia tego. Wieś rozesłana na podniesionej płaszczyznie nadbrzeżnej, ginela całkowicie w cieniu drzew, ale z przodu poprzedzała ją wielka muro. wana budowa z wysokim kominem fabrycznym, pięknie odbijając na ciemném tle sadów i kląbów. Ponieważ płyt miał przechodzić w pobliżu, wsiadłszy tedy z żołnierzem w łódkę, popędziliśmy na brzeg w nadziei zaopatrzenia się na dalszą podróż, przynajmniej owocami, które dziś ku powszechnemu pożytkowi dla ludu święcono. Było już po nabożeństwie i krasne dziewy, maloruskich wdzięków dzie. dziczki, siedząc na brzegu nad sinemi wodamni, nuciły pieśni ojczyste, przelewając serc swoich troski i nadzieje. Romantycznie tu było: wiwandyer więc jeden poszedł w głąb wsi, jam został na brzegu, łodzi pilnować. Znajo. mość též prędka, bo bez fanaberyi, wnet: a zkąd, a dokąd, a czego?.. ciekawe nieobłudnie po kobiecemu, rozmowne przytém i trzeźwego umysłu a serca śmiałego, przy szkole fabrycznej poduczone.... Więc též Kupido napredce wszystko już pięknie układał: gotowe płynąć ze mną na swobodę, a jam gotów na seryo, na prawdę wszystkie je z sobą zabrać, bo hoże i dla serca pocieszne... Na nieszczę. ście, przybyły Prokrust ducha udręczyciel, w postaci wi. wandyera obladowanego kawonami bez względu kazał po. śpieszać na płyt z oczu już nam znikający.

Wieś Tarasówka zásiedlona Małorusami i Wielkorusami, ludem właściwie fabrycznym; jako więc nie wedle dowolności rozmaitéj fantazyi ludowej, ale wedle pewnej formy poczęta, systematycznie jest we dwa rzędy ustawiona z zagłębionym pośrodku w perspektywie dworem przysłonionym sadem i alejami. W ogólności roślinność drzew tu bardzo bujna, ręki troskliwej koło niej wiele, i wiejski pejzaż uposażony należycie. Rolnictwo tu jednak rzecz podrzędna i plonów jego nie wiele. Fabryka sukienna dostarcza wyroby swoje głównie dla wojska. Należy do generala Strukowa, tego samego, który w poltawskiej gubernii prowadzi znaczne plantacye tytuniowe.

Wróciwszy na płyt, że już słońce dobrze dopiekalo, więc zaraz do budki i usiadłszy w wiadoméj pozycyi z przodu, wydrążałem sobie kawon, przygotowując nową misę do dochodzącej już kaszy. Trzeba przytém wiedzieć, że budka nasza była jeszcze rodzajem świętego ołtarza, którego ja mieszkaniec, stałem się przygodnie żywotwor. ném wcieleniem. Z przyczółka jéj o listwę opartych,

stało rzędem kilkanaście mosiężnych obrazków i posąż'ków, przed któremi wybijano poklony. Zabierając się tedy do jedzenia, przystąpił naprzód jeden pokłonnik, począł żegnać się i kłaniać z rozmachem: za nim pod. chodzi drugi: , ech ty brat Wasia, módl się dobrze, a to jak koń kiwasz tylko głową, aż grzywę na oczy rzucasz" i sam zaczął żegnać się, stanąwszy obok. Za temi zbliżyli się inni i stanąwszy rzędem przed budką, poczęli swoją modlitwę z pokłonami do ziemi. Nie wiedziałem co robić: ja niegodny grzesznik ziemski bez pretensyi na syna Jowiszowego, uląkłem się prawdziwie téj czci przed ołtarzem moim składanéj, więc sunę z kawonem z budki między nogi płytnikom i stanąłem na płycie. Po skończonej modlitwie niemniej gorliwie wzięto się do obiadu, ale dzięki staranności niektórych płytni. ków, na uczczenie uroczystości dnia tego, do zwyczajnéj kaszy z olejem przybył potężny garnek ryby, a z mojej strony kwarta wódki dla konkokcyi... Uraczeni więc byliśıny do zadowolnienia. Po obiedzie dla ochłody i ku lepszej widocznie strawności: „a nu rebiata pokąpać się”! Zaraz koszule precz, spodnie z siebie i hop, hop, jeden po drugim zaczęli skakać w środek Dniepru. Pływają igrają, śmieją się; atletycznej postawy młody Mikolaj cudów dokazuje: przewraca się jak łosoś, nurkuje do dna jak delfin, bryzga wodą jak Tryton. Widzę, że już i Judasz najadłszy się ogórków i cebuli, zrzuca pludry za kompanią, a to i woda lustralna i mnie nie wiele zostawało do nagości, więc też nie zważając na żadne hygieniczne przepisy, przeżegnawszy sie, ho-hop! do wody.

Tymczasem płyt nasz powoli idąc, cicho, milczkiem, szedł, szedł i całą swoją massą, zasunął się na mieliznę! Tu dopiéro zmienia się scena: brodaczę nadzy wyskakują z wody i co prędzej po czterech do babajek: mach, mach, kitul, kitul, jeden przed drugim wysilają się, ale to nic nie pomaga: płyt ani rusz z miejsca. Zaraz tedy zbierają kotwicę na łódź, zarzucają w górze i wytężając ostatnich sil, odciągają go za pomocą liny; wszystko to odbywa się posiłkując krzykiem, dobitnemi gestami, z nieoszczędną zaprawą zelżywych słów i obelg. Sceny takowe ludzi zupełnie nagich, lub w sinych tylko rubachach naprędce narzuconych, atletycznej postawy, brodatych i zarosłych, na pustynném tle dnieprowego pejzażu, w pośród szerokich wód, odludnych wysp i lasów układały się w malownicze prawdziwie obrazki pierwotnych słowiańskich drużyn pod wodzą waragskich zdobywców, od których ci późni potomkowie, ani uobyczajeniem ani pojęciami, nie wyróżnili się wcale. Z początku więc długo mię bawiło to nowe towarzystwo wpółdzikich lasowych ludzi, ale wkrótce prostota natury przez wszystkie zmysły, zbytecznie poczęła się przelewać. Lud to wprawdzie był uczciwy i prawowity; cudzego nie ruszają, łotrzyków wydają. W liczbie jedenastu, trzech było podejrzanych, którzy z częścią płytu w Aleksandrowsku pozostali; tych oni mieli zawsze w pewnej pogardzie, trzymali zawsze na oku i w ustroniu od moich rzeczy, które tamtym widocznie oskomę niekiedy sprawiały. Ale trzeba powiedzieć, lud to grubiański wcale, obelżywy i zwierzęcych obyczajów. Dla najlichszego błahorodija, choćby takiego nawet jak ja, uniżona posłuszność; na każde zapotrzebowanie, na każde skinienie: ,z istinnym pocztenijem, z bol. szim udowolstwijem, oczeń prijatnos”... bieży, robi, podaje. Ale jest to próżna gadanina, słowa czcze bez serdecznego tchnienia, machinalne poruszenia niewolniczego automatu, obawą, nałogiem, formą, lub nadzieją nagrody gal. wanizowanego. Dla błahorodija, niewolnika służebność ta się podoba, do zachwycenia prowadzi, mnie prędko po. częła nudzić i chętnie jéj unikałem. Bo te same serca i usta pokory we wzajemnych z sobą stosunkach, w żartach, w dowcipkowaniu, w powitaniu, pożegnaniu, w radzie i naganie, wszędy i nieustawnie bluźnią obelgą, nie mają miary i okoliczności słów zelżywych i wszetecz.

« PoprzedniaDalej »