Obrazy na stronie
PDF

SCENA III.
Łakomski. Figlacki.

Łakomski. Ach, czy kto słyszał taką bezbożność!

Figlacki. Już zaczyna starzec klapać!

Łakomski. Ach synu marnotrawny!

Figlacki. Muszę go przywitać.

Łakomski. I tegoż się spodziewałem?

Figlacki. Upadam do stóp pańskich.

Łakomski. Kłaniam panie guwerner. Taka to pociecha z mego Jasia?

Figlacki. Cóż to Mci dobrodzieju?

Łakomski. Alboś W. M. Pan nie słyszał, co Jaś porobił.

Figlacki. Mówiono mi o jakiejści tam bagateli...

Łakomski. Bagateli? Bagatela to ograć się w karty? Taki to W. M. Pana dozór?

Figlacki. A ja temu winienem? Teraz tylko o temem się dowiedział!

Łakomski. Teraz się dowiedział? a to dobrze nie wiedzieć, co uczeń robi?

Figlacki. A cóż ja miałem robić? Albo mi raz W. M. Pan mówił, żebym się mu nie naprzykrzał, zawsze go na oku trzymając. Albo nie pozwolił W. M Pan synowi samopas gdzie chce bezemnie chodzić?

Łakomski. Prawda: jam się tego nie spodziewał. Ach. bezbożny synu!

Figlacki. I W. M. Pan się o taką fraszkę frasujesz?

Łakomski. O fraszkę zaś?

Figlacki. Zapewne. Albo to nowina młodym?

Łakomski. Ale gdzie rozum jego?

Figlacki. W. M. Pan chcesz, żeby młody miał taki rozum jak stary? Wspomnij W. M. Pan na swoją młodość. Jeszcze pamiętają kidzie, jakeś i sam w karteczki zacinał.

Łakomski. Prawda, ale ja wygrywałem.

Figlacki. Jeszcze i syn W. M. Pana może to odegrać, co przegrał, jeśli W. M. Pan dasz na to pieniędzy.

Łakomski. Co? pieniędzy? Ja pieniędzy? ani szeląga. Zaraz go do szkół odsyłam.

Figlacki. Do szkóI zaś?

Łakomski. Tak jest.

Figlacki, W. M. Pan?

Łakomski. Tak jest.

Figlacki. Swego syna?

Łakomski. Tak jest?

Figlacki. Imci Pana Jana?

Łakomski. Tak jest.

Figlacki, Obaczym.

Łakomski. Jak to obaczym.

Figlacki. W. M. Pan go do szkół nie poślesz.

Łakomski. Nie poszlę?

Figlacki. Nie.

Łakomski. Śmieszny widzę jesteś!
Figlacki. Mówię W. M. Panu, że nie poślesz.
Łakomski. A kto mi przeszkodzi?
Figlacki, Przeszkodzi.
Łakomski. Kto przeszkodzi?

Figlacki. Przeszkodzi pewny człek godny i zacny.
Łakomski, Któż to ten godny i zacny?
Figlacki. Sam W. M. Pan dobrodziej.
Łakomski. Ja? nie prawda!

Figlacki. Zapewne. I będziesz W. M. Pan miał tyło serca, abyś mógł to przedziwne dziecię od swego boku oddalić?

Łakomski. Będę miał.

Figlacki. Jabym omdlewał takiego syna od siebie oddalając.

Łakomski, A ja nie będę omdlewał.
Figlacki. Ej: W. M. Pan żartujesz.

Łakomski. Nie żartuję.

Figlacki. A miłość ojcowska co powie?

Łakomski. Nic nie powie.

Figlacki. Czy ja nie znam jak W. M. Pan jesteś dobry?

łMkomski. Nieprawda, nie jestem dobry; ja kiedy chcę, to i zły jestem.

Figlacki. Ha! Posyłaj że W. M. Pan do szkół, jeśli go chcesz zgubić.

Łakomski. Nie zgubię.

Figlacki. Wszak W. M. Pan wiesz, że teraz szkoły poczynają z mody wychodzić! Do prywatnej domowej edukacyi wszyscy się teraz rzucają.

ŁMkomski. Niech się rzucają, ja się nie rzucę.

Figlacki. Ale w szkołach przez lat dziesięć tego się nie nauczy, czego się w domu mając guwernera przez kilka miesięcy nauczyć może.

Łukomski. Nie prawda. A owych czasów kiedy Polska była mądra, gdzie się uczyli jeśli nie w szkołach?

Figlacki. Na to nie trzeba uważać, co było. Dość tego, że teraz już z mody wyszły szkoły dla ludzi uczciwszych.

Łakomski. Tak jest. Już teraz z mody wyszło dla ludzi ■ uczciwych być mądrymi.

Figlacki. Jakże? I W. M. Pan dopuścisz, żeby się syn . W. M. Pana pospolitował w szkołach z drugimi za siebie podlejszemi?

ŁMkomski. Dopuszczali tego dawni panowie polscy i nie wstydzili się tego, czego się i teraz wstydzić nie powinni...

Figlacki. Ale proszę... Jakże to W. M. Pan na cudze i nieznajome ręce oddasz ten drogi skarb domu swojego i od siebie oddalisz? Wszak ci to ostatnia iskierka i jedyna...

Łakomski. Ach nie wspominaj tego! serce mi rozrzewniasz.

Figlacki. I dozwolisz W. M. Pan, żeby to delikatne paniątko na sromotnym pieńku wyciągniono i kańczugiem okrutnie...

Łakomski. Ale... Ale ja chcę, żeby on był mądry.

Figlacki. Toć to jest. Dla tego trzeba go prywatnie edukować. W. M. Pan nie wiesz, jak wiele on teraz w niebytności W. M. Pana profitował. Po niemiecku, po francusku, jak rzepę gryzie, w historyi zaś i geografii równego sobie nie ma.

Łukowski. Mówisz prawdę?

Figlacki. Jakem poczciwy. Sam W. M. Pan doświadczysz.

Łakomski. Pójdziem czemprędzoj do niego: albo nie. Niechaj zaczeka. Ja tymczasem nagotuję się jego polajać. Bo jednakże nie można tego puścić na sucho. Ja nie lubię pieścić dzieci.

Figlacki. Dobrze W. M. Pan czynisz. Pójdę ja tymczasem do niego.

AKT.DRUGI.
SCENA I.
Jan. Figlacki.

Figlacki. Widzisz W. M. Pan jak się staram o dobro W. M. Pana. Jegomość z razu tak sobie ułożył, że albo zabić, albo przynajmniej okaleczyć miał W. M. Pana.

Jan. Póki życia mego stanie, będę wdzięczen za to W. M. Panu.

Figlacki. Jakem zaczął chwalić W. M. Pana przed ojcem, jakem począł przekładać biegłość jego w języku francuskim, tak starzec mało się nie rozsypał z radości. (Syn z radości skacze). Trzeba żebyś W. M. Pan tę figurę utrzymał, coraz na plac wyjeżdżając z temi słowy francuskiemi, którycheś się na pamięć nauczył. Choćby się te słowa z sobą nie kleiły, na to nie trzeba uważać. Wiesz W. M. Pan, że ojciec żadnego nie umie języka, prócz polskiego.

Jan. Już będę bezprzestannie gadał po francusku to, co umiem, bylebyś W. M. Pan na wypłacenie mego długu na karty zaciągniętego postarał się o pieniądze.

Figlacki. Będzie to wszystko.

Jan. Ale tylko żeby mię Jegomość rózgą nie ociął.

Fullacki. Nie otnie. Jeśli W. M. Pan tak postąpisz, jakem uczył. Pamiętaj W. M. Pan, żebyś zaraz za pierwszem obaczeniem się z Jegomością, zaraz zaczynał śmiało tę oracyą, którąm dał na przywitanie. Niech on co chce gada, niech przerywa, W. M. Pan na to nic nie uważając jak możesz najlepszą żywością mów swoje.

Jan. Co w tem to nie zawiodę.

Figlacki. Ale, ale. Będą dziś u nas goście; między któremi mają się znajdować i damy. Muszę W. M. Pana nauczyć jak się masz z niemi witać i przestawać. I to jest pożytek prywatnej przy dobrym guwernerze edukacyi! w szkołach zaś publicznych nietylko tego nie uczą, ale kiedy postrzegą takową konwersacyą, zaraz każą konwersować z kańczugiem. Słuchajże W. M. Pan: oto tak potrzeba ale bieda,

że tu damy nie można wprowadzić, żebym mógł pokazać W. M. Panu, jak się z niemi masz witać. Ale mniejsza o to. imaginuj W. M. Pan sobie, że ja jestem dama: idź tedy W. M. Pan ztamtąd do mnie i pokłoń się raźno! (Jan kłania się niezgrabnie) nie tak... (sam się Figlacki kłania). Tak. tak. Mówże W. M. Pan ten komplement, któregom nauczył W. M. Pana.

Jan. Pomyślna to dla mnie awantura, że konwojowany od fortuny znajduję plesir widzenia persony, tak wielkiemi cnotami regalizowany. oraz sposobność do expressyi tych kilku słów. Comment cous portez cous?

Figlacki. Dobrze, tylko trzebaby z lepszą manierą i z większą ...

Jan. Ach Jegomość podobno idzie... Fujlacki. Stawże się W. M. Pan śmiało i zaraz zaczynaj swoje przywitanie.

KUMaRU PCLSIIEOO. T. II.''

« PoprzedniaDalej »