Obrazy na stronie
PDF

V.

Z KOMEDYI:

„FIGLAGKI, POLITYK TERAŹNIEJSZEJ MODY"1).

A Iv T PIEK WSZY.

SCENA 1.

Figlacki. Pomocki.

Pomocki. Podobno mam honor witać lmć Pana Figlaekiego.

Figlacki. Tak jest: Figlackiego.

Fomocki. Wszak to W. M. Pan rok temu dwóch kupców odrwil.

Figlacki. Odrwił.

Pomocki. Potem W. M. Pana schwytano?

Figlacki. Schwytano.

Pomocki. I do kozy zaprowadzono?

, Figlacki. Zaprowadzono.

Pomocki. A tychże pieniędzy, które W. M. Pan wydrwił, nie odebrano?

Figlacki. Nie odebrano.

Pomocki. Jakimże to sposobem?

Figlacki. Sposobem.'

Pomocki. Długoż W. M. Pan w kozie siedział?

Figlacki. Ja siedział?

Pomodci. Tak jest.

') Tytuł ten noszą dwie knmedye Bohomolca. Podajemy wyjatek z drugiej, która na początku wspomina o przygodach Figlackiego, będących treścią pierwszej komedyi.

Figlacki. Przepraszam W. M. Pana: nie było tam na czem siedzieć.

Pomocki. Mniejsza, że W. M. Pan nie siedział, dość tego, że W. II. Pan był w kozie. Figlacki. Byłem.

Pomocki. I W. M. Pan że się nie wstydzisz przyznawać, żeś na takiem był miejscu?

Fit/lacki. Co za przyczyna wstydu? wiesz W. M. Pan. że cir locum, non locus mrunt honestat, to jest, że nie miejsce człowiekowi, lecz człowiek miejscu dodaje ozdoby. I ja też chcąc temu miejscu honor uczynić, pójść do kozy raczyłem.

Pomocki. Cóż W. M. Pana ztamtąd ratowało?

Figlacki. Co ratowało?: polityka teraźniejszej mody.

Pomocki. Nieszczęśliwy jestem, że przeszłego roku zacząwszy brać od W. M. Pana lekcye tej tak pożytecznej chudemu pachołkowi nauki, nie mogłem dla owej nieszczęsnej z kupcami sprawy, dłużej w niej ćwiczyć się Zmiłuj się dobrodzieju, nie chciej mi zajrzeć tego talentu, któryć natura dała.

Figlacki. Mci Panie! Ja mych talentów W. M. Panu bez zazdrości udzielić gotówem. Ale dwie rzeczy musiałbym sobie wymówić!

Pomocki. Choć i dziesięć, gotówem.

Figlacki. Ta jest najpierwsza żebyś W. M. Pan nie miał skrupułów, bo te bardzo szpecą politykę teraźniejszej mody. Druga, żebyś mi W. M. Pan pomagając wykonania mych zamysłów, dał dowód swojej sposobności do tego stanu.

Pomocki. Cokolwiek mi W. M. Pan rozkażesz, chętnie uczynię.

Figlacki. Będzie to najlepszą dla W. M. Pana lekcyą, kiedy się przypatrując mym dziełom i onych uczestnikiem be/ląc, zechcesz z przykładu mego profitować.

Pomocki. Tego najbardziej pragnę.

Figlacki. I w tym W. M. Pana ostrzegam, żebyś mi śmierci, sądu i piekła nigdy nie wspominał: gdyż jako przykra rzecz jest uczciwemu człowiekowi o tych rzeczach słuchać, tak nieprzystojna onemi głowę drugim nabijać.

Pomodli. Doznasz W. M. Pan i w tem mojej rzetelności.

Figlacki. Co drudzy nabożnisiowie mówią, lub czynią, na to W. M. Pan nie uważaj. Mnie W. M. Pan słuchaj. Ja będę W. M. Panu kaznodzieją, ja duchownym, ja nauczycielem! od drugich zaś, którzy zwykli wprowadzać mowy z zakrystyi wzięte, jak od węża uciekam.

Fomocki. Wszystkie te przestrogi W. M. Pana doskonale wykonam. Ale niech mi się godzi spytać, gdzie się też W. M. Pan po przeszłorocznej z kupcami sprawie dotąd obracał.

Figlacki. O, wiele o tem mówić!

Fomocki. Przynajmniej krótko chciej W. M. Pan nadmienić!

Figlacki. Byłem w cudzych krajach. Fomocki. Zaś? Figlacki. Nie inaczej. Fomocki. Cóż "W. M. Pan tam robił? Figlacki. Służyłem pod jazdą na galarach francuskich. Fomocki. To W. M. Pan musiałeś się i po francusku nauczyć?

Fiillucki. Oui, sann doidc! I to mi wiele pomaga! Wiesz W. M. Pan, że u nas teraz kto po francusku nie umie. choćby był najmędrszy, za prostaka bywa sądzony. Kto zaś tym językiem przebąknie, wraz musi być i mądrym i grzecznym, choćby był prostakiem.

Fomocki. Wiele W. M. Pan dokazał, jeśliś się tego języka nauczył, z którego teraz najwięcej ludzi profituje.

Figlacki. Nie inaczej. Oto i teraz mnie ten język uczynił guwernerem u syna owego sławnego bogacza Imć Pana Łakomskiego.

Fomocki. Co? W. M. Pan zaś guwernerem?

Figlacki. Abo co?

Fomocki. Nic. Czegóż W. M. Pan go uczysz?

Figlacki. Wszystkiego.

Pomocki. A uczeń, pojętny przecie?

Figlacki. Jak sadło. Już chłop wielki jak drąg. a czterech mu zmysłów nie dostaje. Ojciec przecie niezmiernie jego kocha i rozumie, że kawalera doskonalszego nad jego syna nigdzie nie znajdzie. W jednej rzeczy dobrzem go przecie wyuczył.

Pomocki. W czemże przecie?

Figlacki. W karty tnie wyśmienicie. Teraz w niebytności ojca przegrał suknie, pistolety, karabelę i zaciągnął długu koło sta czerwonych złotych.

Pomocki. A któż to wygrał?

Figlacki. Kto? Pan Figlacki. Ale obiecałem na wypłacenie tego długu wydusić u ojca jego ze sto czerwonych złotych, żeby na przyszły czas kredytu u wszystkich przyjaciół nie stracił. Ale oto ci mój Pan uczeń idzie. Ustąp W. M. Pan na czas.

SCENA II.
Jan. Figlacki.

Jan. Zginęliśmy Mci Panie guwernerze!

Figlacki. Courage Monsieur, eouragc!

Jan. Wszak to mój pan ojciec przyjechał.

Figlacki. Tego nam i trzeba.

Jan. Ale już słyszę wie o wszystkiem.

Figlacki. O czem?

Jan. Żem się w karty ograł.

Figlacki. 0 centum diubolorum! cela riest iias bon!

Jan. Sam nie wiem, co mam robić! słyszę ma mię ociąć dyscypliną,

Figlacki. Nie bój się W. M. Pan: zabiegę ja temu. Tylko W7. M. Pan nie wydaj się z tem przed Imcią ojcem

[ocr errors]
« PoprzedniaDalej »