Obrazy na stronie
PDF

chlebstwem ujmie W. M. Pana. Trzeba tedy zabieżać. Inny mam sposób.

Pijakiewicz. A jaki?

Rostropski. Niechby Ichmć wczas ślub sobie wzięlL Iwroński o tem teraz sję nie dowie. Ale potem, jak on będzie tego żałował! Zrobisz mu W. M. Pan figiel okrutny.

Pijakiewicz. Zgoda! ale ja teraz słaby jestem, nie mogę

być przy ślubie.

Rostropski. A na co? Ja będę na miejscu W. M. Pana.

Pijakiewicz. Pozwalam.

Rostropski. Daj W. M. Pan na znak tego zezwolenia

pierścień swój.

Pijakiewicz Masz W. M. Pan. Czyń sobie co chcesz, byle zrobić figiel Panu Iwrońskiemu. Otóż i papiery. Są to papiery na wioskę, która się w posagu należy Teresie: weź ją W. M. Pan i z niemi. Prawda, że mi trochę potrzebna: ale weź ją W. M. Pan sobie.

Sorbecki (kłaniając się razem z Teresą). Upadamy do nóg W. M. Pana Dobrodzieja.

Pijakiewicz. Idźcie sobie szczęśliwie, bierzcie ślub. Bachusewicz, zaprowadź mię do łóżka.

Rostropski. A my idźmy do ślubu.

SCENA X.

Łykaczewski. Lusztykiewicz. Hajduk.

Hajduk (budzi). Mci Panowie! Mci Panowie! a wstańcie W. M. Panowie.

łykaczewski. Kto tam jest? a gdzież kompania?
Hajduk. Mospanie Lusztykiewicz, wstań W. M. Pan.

Lusztykiewicz. Daj mi pokój.

Hajduk. Ale w tamtym pokoju możesz W. M. Pan wygodniej spać.

Lusztyhiewicz. Co ja komu winien? (płacze). Już i spać nie wolno. Nie m a sprawiedliwości na świecie.

Łykaczewski. Idźmy do kompanji. A czy jest tam wino? (odchodzą).

SCENA XL
Hajduk. — Potem Bachusewicz (służący).

Hajduk. Teraz moja pora! Póki Panowie pili, jam drzymał. Teraz ja będę pił, a oni niech sobie drzymią. Mości Panie Grzegorzu do W. M. Pana (odpowiada sam sobie głosem odmiennym). Upadam do nóg W. M. Pana Dobrodzieja (pije). Zalecam: dobre wino (nalewa). Proszę (odpowiada sam). Przyjmuję z godnej ręki W. M. Pana.

Bachuseuncz. Panie bracie, panie bracie, cóż to?

Hajduk. Chodź bracie, nie miałem do kogo pić. Adresuję ten kielich w miłe ręce W. M. Pana?

Bachusewicz. Przyjmę z ręki W. M. Pana.

Hajduk. Proszę.

Bachusewicz. Ja wzajemnie do W. M. Pana mam honor pić.

Hajduk. Czekam dla przysługi W. M. Pana.

Bachusewicz. Zdrowie Imć Panny Magdaleny Dobrodziki.

Hajduk. Vivat Jejmość Dobrodzika.

Bachusewicz. Dobre wino, da się pić. Oddaję.

Hajduk. Ja znowu na odwrót do W. M. Pana.

Bachusewicz. Każda mi rzecz miła z godnej ręki W. M. Pana, ale prędzej pij.

Hajduk. Powoli jadąc dalej zajedziemy.

Bachusewicz. Ale kto może nadejść, a mnie się pić chce.

Hajduk. Bardzo jesteś niecierpliwy, mój bracie. Otóż na dość będę pił powoli.

Bachusewicz. Jakiś głupi.

Hajduk. Na kogo to mówisz?

[ocr errors][ocr errors][merged small][merged small][merged small][merged small][graphic]

VII.

Z KOMEDII: „PARYŻA1OT".

-«• ► —

AKT PIERWSZY.

SCENA I.
Starski. Leopold (służący).

Starski. Leopoldzie! hej! Leopoldzie! (wychodzi Leopold) a pókiż ty u kata spać będziesz? Ja pojąć nie mogę co ci się stało? Przedtem najpierwszy prawie wstawałeś i innych budziłeś: a teraz jak mój syn z Paryża powrócił, tak długo sypiać zacząłeś.

Leopold. Ja długo sypiam? Bodaj pies tak długo sypiał! Ach Mospanie, trzeba też i na nas sług biednych mieć wzgląd jakikolwiek. Jesteśmy ludzie tak jako i W. M. Pan. Bestye nawet snu potrzebują i bez tego obejść się nie mogą.

Starski. Któż ci snu zabrania? Wszak miałeś na to noc całą: mogłeś się wyspać!

Leopold. Noc całą? wszakci to o trzeciej po północy układłem się.

Starski. A to czemu?

Leopold. Musiałem czekać, póki się J. P. Robert, syn W. M. Pana nie układł.

Starski. Za cóż to on tak późno spać poszedł?

Leopold. Toć on teraz, jak z Paryża powrócił, nigdy wcześniej spać nie idzie. U nas każda noc wtenczas się poczyna, gdy się kończy u W. M. Pana.

Starski. Co za bieda! wiele on mi świec popali!

Leopold. W. M. Pan bardziej świec, niż zdrowia mego żałujesz. Służywszy więcej jak lat dwadzieścia W. M. Panu, doczekałem się nakoniec pięknej wygody.

Starski. Ja to sam znam, że masz słuszną uskarżania się przyczyną. Twoje zdrowie jest mi miłe i potrzebne, ale przytem i świec szkoda.

Leopold. Kiedy tak długo będzie, to ja nie wytrzymam.

Starski. Ale cóż on u kata tak późno w noc robi!

Leopold. Robi le grand.monde.

Starski. Co? co?

Leopold. Le grand monde.

Starski. Cóż to u kata jest ta gra modna?

Leopold. Nie gra modna, ale grand monde.

Starski. Ale cóż to jest przecie?

Leopold. Le grande monde, jest to świat wielki.

Starski. Ale cóż to jest przecie?

Leopold. Le grande monde, jest to świat wielki.

Starski. Więc jak mówisz, on robi świat wielki?

Leopold. Tak jest.

Starski. Albo mu ten świat mały? Powiedz mi co to za robota?

Leopold. Jest to robota, której się pan Robert w Paryżu nauczył. Ja sam nie mogłem tego długo pojąć, na koniec pytałem się Monsieur de Martiniere...

Starski. De Martiniłre? Któż to taki?

Leopold. Lokaj pana Roberta.

Starski. Lokaj? wszak on Marcin.

Leopold. Ach nie mów W. M. Pan: Marcin.

Starski, Czemu nie mam mówić?

Leopold. Bo się on o to strasznie gniewa. Mnie, żem go po dawnemu nazwał Marcinem, złajał jak psa starego i na pistolety wyzwał.

Starski. Jakże? albo on nie Marcin? wszak wiesz, że jest

« PoprzedniaDalej »