Obrazy na stronie
PDF

SCENA II.
Łakomski. Jan. Figlacki.

Łakomski. (nie widząc Jana i Figlackiego mówi sam do siebie). Muszę go skarać! niech co chce serce ojcowskie mówi! ale się przelęknie dziecko kochane... może zachorować... prawda... Jednakże trzeba napomnieć. Męstwo moje gdzie jesteś? przybądź teraz na pomoc sercu ojcowskiemu.

Figlacki. (do syna mówi po cichu). Słyszysz W. M. Pan? będzie dobrze.

Łakomski. O moje miłe dziecię, nie wiesz jak cię kocham! ale ktoby mógł nie kochać ciebie? chybaby kamienne miał kto serce! owa raźność... owa grzeczność. Ach pójdę go szukać. (Postrzegłszy syna mówi:) A tak to synu marnotrawny?

Figlacki. Upraszamy W. M. Pana Dobrodzieja o audyencyą! Niech Imć Pan Jan przywita W. M. Pana i pokaże co umie.

Łakomski. Nie chcę, dam ja jemu.

Jan. (kłania się i zaczyna mówić oracyą, nie uważając na to, że mu ojciec przerywa i przeszkadza). Wybiegłszy spiesznym galopem na Olimpiczne dziardyny trabeata sidera...

Łakomski. Nie chcę, nie słucham.

Jan. ...śliczne choć nieliczne wydawały rezony. Pkosphme

redde diem.

<

Łakomski. W karty grać kostero!

Jan. ...alić stanąwszy in horoseopo pulcinarium caper umpliora niekapryzującym odezwał się tonem: sic cos non cobis fertis arałra boces.

Łakomski. (mówi do ludzi:) A on widzę coś nieźle mówi. Posłucham.

Jan. ...I rozwinąwszy niebotyczne, bo zodyatyczne swoje wllus złotą influencyą świat awantażował. Et ratio est, bo tak napisał non longus Longinus: parce nee intideo sine me filier ibis in urbem...

Łakomski. (do ludzi mówi:) Co to za miłe dziecię!

Jan. ...ibis in urbem do wozowni serca mego, miłościwy ojcze, skierowawszy kordyalne kółka karocy respektu twego i po olimpicznych wojażowawszy grandecach zasiądziesz krzesłem propensyi mojej regalizowany, a bagaże ojczystych klejnotów złożywszy pod daszkiem synowskiego afektu arma cinimąue canes. Canes nunquam canescens przez saturnowe wieki in awje meritorum. Czego synowską życząc addikcyą impet mego przywitania tą kotwicą utrzymuję: rumpitur intńdid rumpantur Ilia Codro.

Łakomski. Ach, podporo starości mojej! serce mi się od radości z tych piersi wyrywa, kiedy widzę w tak krótkim czasie, taki twój postępek w naukach. Już się nie gniewam. Daruję. Zdarzyło ci się pobłądzić, ludzka to rzecz jest, a najbardziej młodym przyzwoita. A po francusku słyszę dobrze już umiesz?

Jan. Oni, apres diner Monsicur. Je cous souhait la bunne nuit.

Łakomski. Ach Bóg ci zapłać Mci Panie guwerner za tak piękną edukacyę! Ja nie miałem tego szczęścia i tyle jak <yn mój nie umiem.

Figlacki. Albo to tak wiele umie? Ja to powiadam Mci Dobrodzieju, że równego dowcipu Europa nie ma, jako u syna W. M. Pana. Pod poczciwością mówię, że za kwartał jeden i drugi będzie Imć Pan Jan umiał dziewięćdziesiąt dziewięć języków.

Łakomski. (całując syna mówi:) Ach pociecho moja jedyna.

Jan. Voulez rons dormir? oni Monsienr, san s doute. Bonjour. Je coudrois manger cous menez Monsienr.

Łakomski. Chodźże ze mną Jasiu, niech się z tobą po długiem niewidzeniu nacieszę.

Jan. Nbtre Pere, qui etes aux Cieux: vótre nom soit sanctifić, rótre regne nous advienne...

Łakomski. O jakże gładko mówi po francusku. Cale dobry ma akcent. Jak się zda W. M. Panu Mci Panie guwerner?

Figłacki. Akcent? Rodowity Francuz lepiej mówić nie potrafi, jak Jegomość.

Łakomski. I mnie tak się zda. Będę obligowany W. M. Panu za jego fatygę. Idźmy Jasiu (odchodza.).

[ocr errors][graphic][merged small][graphic][merged small][merged small]

Sorbecki. Mnie się zda, że żaden z gości nie może tego wyciągać, co jest z uszczerbkiem zdrowia W. Pana dobrodzieja.

Pijakiewicz. Nie jestem grubijaninem, zwykłem zawsze gości dobrze przyjmować u siebie.

Sorbecki. Alboż na tem zawisło dobre gościa przyjęcie, ażeby się z nim upić? Czyż nie można innych dla niego znaleść rozrywek, któreby go uczciwie bawiły i nie czyniły tych nieszczęśliwych skutków, które pijaństwo przynosi.

Pijakiewicz. Mospanie! Jest dawny staropolski zwyczaj: chcąc dobrze gościa przyjąć, trzeba się z nim upić.

Rostropski. Jest to zwyczaj grubijański i rozumowi przeciwny, który nie czyni nam honoru.

Pijakiewicz. Oj głowa! Oj! oj! mało mi nie pęknie.

Sorbecki. Każ W. Pan sobie dać herbaty.

Pijakiewicz. Herbaty? Ja wody nie pijam. I tak mi źle, a byłoby jeszcze gorzej. Oj źle! oj! Ale kontent jestem z tego, żem tamtych Ich Mciów tak spoił, iż ich bez pamięci zaniesiono do gościnnej izby. Będą i oni stękali, tak jako i ja.

Rostropski. I W. M. Panże się z tego cieszysz? wszakci to przyjaciele W. M. Pana.

Pijakiewias. Prawda: kocham ich, poczciwi ludzie.

Rostropski. I jestże to rzecz chwalebna, przyjacielska, do tego przyprowadzić, żeby oni chorowali?

Pijakiewicz. Wszakże i ja równo z mmi piłem i równo dla kompanii choruję. Gdybym ja sobie folgował, to wtenczas nie byłaby polityka... Oj głowa! ledwie żyję.

Rostropski. Lepiej byłoby, gdybyś W. M. Pan i im i sobie folgował.

Pijakiewicz. Ale bo W. M. Pan, że sam nie pijasz, to i drugim nie radzisz, a u nas bez tego żyć nie można. Chcę na przykład przyjaźń z kim zabrać, trzeba się upić. chcę sprawę jaka. wykierować, trzeba się upić. Inaczej, zginąłby człowiek na tym świecie.

Bostropski. Na to W. M. Panu powszechnie odpowiadam, że i najlepszej rzeczy nie trzeba szukać przez rzecz niegodziwą.

Pijakiewicz. Ach źle mnie! głowy nie czuję! oj! oj! Otóż i goście.

SCENA VII.

Iwroński (z plastrem pod okiem). — Łykaczewski (z głowa zawiązaną). — Ebryacki (z plastrem na czole). — Lusztykiewicz (z ręką zawiniętą). — Pijakiewicz. Sorbecki. Wiermdi.

Pijakiewicz (widząc ich z plastrami śmieje się). Cha. cha, cha! Oj głowa! cha, cha. Patrz W. M. Pan! Łykaczewski. W. M. Panu śmiech, a nam źle. Pijakiewicz. Cha, cha, cha! oj!

Ebryacki. Strasznie mię głowa boli. Już więcej nigdy pić nie będę.

Iwroński. Ja ledwo żyję. Niech kaci wezmą lo pijaństwo. Ślub uczyniłem już się niem nie bawić.

Lusztykiewicz. I ja ślubuję, że więcej nigdy pić nie będę, choćby mi zginąć przyszło.

Pijakiewicz. Cha, cha, cha. kontent jestem, że nie sam jeden choruję.

Łykaczewski. Ktokolwiek mię odtąd będzie do picia przymuszał, będę go miał za nieprzyjaciela.

Pijakiewicz. Nie wiem jak W. M. Panowie: ale co ja cale już pić nie mogę. Upewniam, że odtąd żadnego trunku gorącego ani skosztuję. Dziś na miejscu mojem proszę za gospodarza Imć Pana Rostropskiego.

Rostropski. Proszę mię uwolnić od tego. Wiesz W. M. Pan. że ja nie pijam.

Ebryacki. Ja nie pozwalam, wolno się gniewać.

Pijakiewicz. To nie może być. żebyście W. M. Panowie mieli być na sucho w moim domu. Mci Panie Ebryacki. W. M. Pana proszę za gospodarza.

« PoprzedniaDalej »