Obrazy na stronie
PDF

wierzył. Za syszkę waży sobie nauczyciela, woli psów głaskać, a konie tuczyć; w większej u niego jest powadze palacz albo stróż niż człowiek uczony, który mu syna na dobre życie uczy".

Nauczyciele domowi wykładali nauki każdy wedle swojego widzimisię, niezależnie od zwierzchności edukacyjnej. Wprawdzie w r. 1542 biskup Gamrat, zalecił archidjakonom i inkwizytorom śledzić domowych mistrzów u szlachty i obywateli, lecz to jedynie aby „nie czytali dzieciom książek podejrzanych i nie kazili wiary świętej w ich sercach". Stopnia ukształcenia mistrzów i systematu dawania nauk, nikt nie sprawdzał.

W domowych, parafjalnych i miejskich szkółkach. obok dziatwy płci męzkiej uczyły się dziewczęta. Na dalsze nauki córki znakomitszej szlachty, udawały się do klasztorów żeńskich: Cystersek, Dominikanek, Franciszkanek, Benedyktynek i t. d., gdzie ich uczono czytania, pisma, robót kobiecych, a nawet łaciny. To skromne religijne wychowanie w klasztorach, wpłynęło niepomału na żywot cichy, bierny, który był niewiast polskich udziałem. Ciekawą wiadomością w tym względzie jest dedykacja książki: Problemata Aristotelis, którą Andrzej z Kobylina przypisał Jadwidze z Kościelca. „Przecz — mówi on — mężowie swoich przodków naśladując, tak ustawili i pilnie tego strzegą, aby białogłowy pisma się nie uczyły i ksiąg żadnych co się tyczy biegłości a wyćwiczenia rozumu nie czytały. Ta jest jedna przyczyna, iż oni choćia inne wymówki mają, wszakoż więcej to czynią z niejakiej zazdrości" i t. d. Czy dobrym był ten uczony despotyzm małżonków polskich? czy brak wykształcenia naukowego niewiast nie wpłynął na losy naszej polityki a przynajmniej literatury? — o tćm pozwolą czytelnicy słów kilka powiedzieć Świadectwo Andrzeja z Kobylina, któreśmy tu przytoczyli, jest z r. 1535 z chwili kiedy różnowierstwo właśnie drogą usiłujących trafić do rozumu książek, burzyło tradycje starego katolickiego kościoła. Te księgi co podziałały na zmianę przekonań nawet w potężnych męzkich umysłach, cóżby dokonać mogły nad słabsza niewiastą! Rozumowanie i żądza usamowolnienia się mogłyby zgubnie podziałać na dolę domowych ognisk, na dostojnośś małżonek i matek, którą Polki z takim wdziękiem i czułością spełniały. Ale znowu wydatniejszy wpływ kobiety na umysłowość w kraju, czy nie złagodziłby szorstkich rycerskich obyczajów, czyby nie zdołał powstrzymać owych pijatyk i junactwa, tak pospolitych w naszych domowych dziejach? czy kobiety posiadające z natury większą czułość i mocniejsze uczucie piękna, dałyby wpaść literaturze w ckliwe jezuickie makaronizmy, gdyby czytały i gdyby w ufnej pogadance sądziły o książkach? czy poezja pod ich sądem zeszłaby tylko na miary i końcówki? czy słodsza o której Polacy nie mieli wyobrażenia miłość, nie wypieściłaby krajowi więcej wieszczów jak Petrarka lub Tasso? Być może, ale w politycznym stanie Polski to wszystko było niepodobieństwem, nasza (że się tak wyrazimy) gospodarska miłość, nie mogła usposobić poetów, wpłynąć na udelikatnienie smaku. Polak nie mógłby jak Petrarka wzdychać do cudzej żony, nie mógłby jak Tasso kreślić rycerskiej miłości, — bo jej pojmować nie umiał. Nasza miłość była cicha i skromna: Janicki młody i czuły, ledwie że wspomni o przedmiocie swych uczuć; Kochanowski jeżeli w Paryżu łacińskiemi elegjami zapłacił dług obcym wyobrażeniom i ognistej młodości, to owiany rodzinnćm powietrzem wyszydzał nieraz i siebie i kobiety i ich wielbicieli; przodkowie nasi zanadto życiem publicznem zajęci, nie mieli czasu wykaraiać w sercu słodkich miłosnych uczuć. W męzkiej, katolickiej respublice, jaką. była Polska, bolesnćm było nazwanie nięwieściucha, naród czuł że wpływ kobiet mógł nas zniewieścić, osłabić i zachwiać, jak to się ziściło w końcowych wiekach bytu Polski. Żałujemy niewiast polskich, że zawód ich był za szczupły, że nie żyły życiem umysłowem, ale ten stan rzeczy był konieczną ofiarą dla dobra kraju. Zresztą, polska owoczesna literatura, wyjąwszy dzieła religijne czystego objawienia, była całkiem nie dla kobiet. Co miały czytać? czy scholastyków — to za nudne; czy swary religijne?— to za niebezpieczne; czy poetów jak rubaszny Kej z Nagłowic? czy nawet wielkiego Kochanowskiego, gdzie obok pięknych pieśni i psalmów, były takie rzeczy jak np. fraszki: Dobrym towarzyszom gwoli? Zaiste takich rzeczy nie dalibyśmy w ręce kobiet, choćby nas miano posądzić o domowy despotyzm.

Odbiegliśmy od przedmiotu. Zwróćmy teraz oczy na stan oświaty u ludu. Ta nie była na wysokim stopniu, a jednak szlacheccy przodkowie nasi lubo z chłopkiem nienajlepiej się obchodzili, lubo stan miejski mieli w pogardzie, lubo zazdrosni o własne prerogatywy innym klasom niechętnie ich udzielali — wszelako troskliwiej niż my dzisiaj starali się o pewny stopień oświaty ludu. Ani słychać było dziś pospolitego zdania: że oświata ludu jest dlań zgubną, że oświata nad stan jest szkodliwą społeczności. Przy każdej parafji, w każdćm miasteczku, w każdej mieścinie, była szkółka dla ludu, gdzie uczył czasem mistrz z akademji krakowskiej zwany rektorem, czasem sam pleban, czasem kantor kościelny (klecha), czasem starzec jaki na dewocji przy kościele osiadły. Naturalnie, że stan nauk w każdej z tych szkółek zależał od ukształcenia mistrza; czasem zaledwie czytać i pisać uczono, niekiedy jak np. w Mińsku (1603) wykładano djalektykę, tłumaczono enejdę Wirgiljusza i listy Cycerona. Każda niemal z tych szkółek na dziesiecinie pewnych wsi, na opłacie od plebana, na podzwonnem, ofertach kościelnych i dalszych mniej więcej pewnych dochodach oparta, miała swój domek krzepko zbudowany (firmiter constructa) i dobrze pokryty (bene tecta). Tu w lichych a przynajmniej nierozgłośnych mieścinach, brało początki nauk kilku znakomitych mężów, i tak: w Korczynie wychował się Długosz, w Brzezinach Stryjkowski, w Gródku mazowieckim Skarga, w Kłodawie Grzegórz z Samborza, w Przemyślu Orzechowski, w Skalmierzu Rej i t. d. W szkółkach najpospolitszych, dzieci wieśniaków uczyły się czytania, pisma, religji, którą każdy dobrze posiadał i łaciny, którą nietylko ubogi szlachcic i mieszczanin lecz nierzadko i kmiotek mógł się rozmówić. To poświadczają zgodnie wszyscy podróżni Polskę zwiedzający, a Warszewicki taką w tym względzie przytacza anegdotę:

„Nie mogę zapomnieć co się przytrafiło Janowi Przerębskiemu arcybiskupowi gnieźnieńskiemu, znakomitemu owych czasów mężowi, który jednak bynajmniej rodakom swoim nie zwykł pochlebiać. Ten gdy od Zygmunta króla polskiego sprawiał w Wiedniu poselstwo u cesarza Ferdynanda, woźnice jego ogromnym wozem ośmiu końmi zaprzężonym po drzewo za obręb miasta wyjechali, a bądź nie znając lasów, bądź nie chcąc daleko jechać, wpadli do najbliższego od Wiednia gaju, który samemu cesarzowi służył raczej dla przyjemności niż dla użytku. Gdy wóz obciążony drzewem do Wiednia wprowadzili, Ferdynand uniósł się gniewem, posłał po woźniców i sam ich zkąd byli pytał. Jeden z woźniców w kilku łacińskich słowach odpowiedział cesarzowi, że jest u dworu arcybiskupa gnieźnieńskiego, urodzonego legata (legatus natus) i posła od króla polskiego do J. C. Mości. Te słowa śmiech powszechny wzbudziły, iż iv Polsce woźnicy nawet wią po łacinie, a cesarz wesoło żartując z woźniców, bezkarnie ich z drzewem puścić rozkazał".

Uczony Józef Łukaszewicz, z którego dzieła (Historja szkół w Koronie i W. Ks. Lit. V. I. 1849 r.) wzięliśmy kilka szczegółów do tego rozdziału, tak przypuszcza liczbę szkółek elementarnych w Polsce:

Miast i miasteczek było w kraju około 900, z których każde miało swoją szkółkę lubo niektóre miały ich po kilka. Liczba szkół 900.

Wsi parochialnych w Polsce i Litwie około

600. Liczba szkół . 600

Liczba szkół 1500.

Licząc w przecięciu na każdą po uczniów . 20.
Wyniesie liczba uczniów 30,000.

Trzydzieści tysięcy ludu wiejskiego uczyło się corocznie w szkółkach elementarnych, nie licząc w to wyższych naukowych zakładów. Dodać należy, że aż do 1496 r. żadne prawo nie zawarło bramy oświaty dla ludu; że jakkolwiek byt jego na gruncie nie był zazdrosnym, mógł się przecie uczyć, wznieść się, zasłynąć; że Wojciech Jastrzębiec prymas, że Kromer, Hozjusz, Dantyszek, Kopernik, byli z ludu, a przecież zasłynęli jako pierwsze gwiazdy w ojczyznie.

Ale od pomienionego roku dola rolnika i w tym względzie poczęła się zachmurzać, bo na zjeździe piotrkowskim postanowiono, że mieszczanin lub kmiotek nie mogą opuszczać gruntu i nabywać ziemskiej własności, że niewolno im choćby najbardziej cnotliwym i uczonym starać się o wyższe dostojności kościelne, że jeden tylko syn kmieci może się udać na naukę lub rzemiosło. Za króla Aleksandra dobito stan kmieci pra

« PoprzedniaDalej »