Obrazy na stronie
PDF

Pewnie cię tu zwyczayne zabawki przywiodły?
Abyś niebu wieczorne ofiarował modły;
I na tak świętey sprawie zachwycił sen luby.
Pewnieś i za mnie bogom miłe oddał śluby?
O iakożem szczęśliwy! wiem pewnie, że w święte
Ich uszy są za syna proźby twe przyięte.
Bez nich czyżby ma chatka stała tak bezpieczna,
Albo koszary tyle zaradzały mleczna?

[merged small][ocr errors][ocr errors]

A wy, roskoszne pola, smugi ulubione,
Zostańcie iuż na wieczny czas błogosławione.
Już was nie długo będę bystrym mierzył okiem,
Który zawistna starość ciemnym tępi mrokiem.
W krótce przyidzie do obcey wędrować dziedziny,
I być gościem podziemnych grodow Libityny,
Acz i tam w myśli wasze tkwiać będą obrazy,
Których nigdy śmiertelne nie przywalą głazy.
Także o móy naymilszy w życiu rodzicielu,
Także dawco krwi moiey, wierny przyiacielu,
Mam cię prędko utracić? o wyroki smutne!
O żałości niezmierna! o myśli okrutne!
Jeśli tak iest, i tak chcą niezbłagane iędze,
Aby się rychło drogich dni twych rwały przędze;
Niestety! i umarły będziesz w sercu u mnie.
Przy zimney ołtarz z darnia postawię ci trumnie;
A ilekroć dzień taki zaświeci na niebie,
Ze będę mogł w ostatniey ratować potrzebie; •
Użaliwszy się hoynie nad nędznym człowiekiem,
Posypię grób twóy kwieciem, i poleię mlekiem.
Tu zamilkł, i na starca wzrok obrócił wryty,
A z oczu mu się toczył strumień łez obfity.
Pochwili znowu zaczął: oto iak lekuchno
Zasypia, i coraz się uśmiecha miluchno!
Co na iawie, to weśnie, utaionà cnota
I przez zamknięte zmysły ma otwarte wrota:
Lubo władza ięzyka moc odbiegnie ręki, - -

Znać na czele i przez sen dobroczynne wdzięki. II. - 2

Oto iako mu głowkę miękki blask księżyca
I brodkę posrzebrzaną promieniem różnica!
Jako się około niey płochy Zefir wije,
Rozumiejąc, że mleczną całuie lilię.
Dobrze by tu i daley zażywać spoczynku;
Ale lepiey, tatusiu, spocząć przy kominku.
Wietrzyk zbyt ostry szumi, rosa nazbyt chłodzi:
Co nam młodzikom miło, staruszkowi szkodzi.
To rzekszy, po maluśku do niego się rzuci;
I lekkim całowaniem śpiącego ocuci.
Potym wiedzie do chaty, kędy miedzy puchem
Złożonego skór miękkich odzieie kożuchem.

S I E L A N K A IV.
DzIE CIĘ Po PRAw1oNE,

[merged small][ocr errors]

Tęskni, płacze, wygląda biedna kobiecina.
Każdy iey moment długi, długi iak godzina!
Tęskni Antek, cóż to za śliczne dziecko! żywy
Matuli swey portrecik, ieśli dobrotliwy
Bóg dopomoże, a wiek doyrzalszy przyśpieie; -
Będzie to dobry chłopiec, o słodkie nadzieie!
Już też to, chwała Bogu! i dom blisko, skoro
Uyrzą mię, nagrodzi się im ta żałość sporo.
O iakże mię to ściskać, iak się będą cieszyć!
Jeśli zechcą wymawiać, żem nie mogł pośpieszyć,
To im powiem przyczynę, wiem, że miasto żalu
I wymowek, będą mi radzi nie pomalu.
Tak kiedy sobie dybiąc, myśli swe rozwodzi;

Zbliża się do chałupy, otwiera i wchodzi.
Wchodzi zdyszały; alić płaczącą przy łożku
Zastaie Małgorzatę, siedząc na podnożku.
Głowa leży zwieszona na poduszce; ięczy,
Wzdycha, kwili, syn u nóg rozpłakany klęczy,
Chwyta matkę za rękę: ona się opiera,
I chcącemu całować, coraz ią wydziera.
Przestańcie, rzecze Marcin, płakać, oto zdrowy
Do was z boru powracam, owoż sposob nowy
Powitania? nikt słowa mi nie mówi, żono? -
Antku? pódź dziecie moie! niechay cię na łono
Ociec przygarnie, ulży miłe przytulenie
Trudow mych dziennych, nie chce słuchać; utrapienie!
Chcecie mię, widzę, karać, żebyście to byli
Na mym mieyscu, tobyście sami się spóźnili.

2 • •

[ocr errors]
« PoprzedniaDalej »